"Przepis życia" Meg Donohue

Tytuł: Przepis życia
Tytuł oryginalny: How to Eat a Cupcake
Autor: Meg Donohue
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 24.05.2012
Ilość stron: 384
Moja ocena: 5/6
Dostępna również: Księgarnia Gandalf

 Wesoła, niezależna Annie Quintana i bogata, ambitna Julia St. Clair pochodzą z dwóch różnych światów. Annie jest córką gospodyni, która pracuje w wytwornej rezydencji w San Francisco należącej do rodziny Julii. Mimo to obie dziewczynki łączy mocna więź, jaką mogą stworzyć tylko dzieci, nieświadome różnic klasowych i majątkowych. Rozdziela je jednak zdrada, która nie tylko niszczy ich przyjaźń, ale i odmienia życie. Dziesięć lat później Annie jest utalentowaną, choć ledwo wiążącą koniec z końcem współwłaścicielką cukierni. Stara się wypełnić pracą pustkę, którą pozostawiła w jej sercu śmierć matki. Julia, businesswoman i kobieta sukcesu, zadręcza się bolesną tajemnicą, która może zniszczyć jej związek z ukochanym mężczyzną. Niespodziewane spotkanie po latach może pomóc obydwu kobietom stawić czoło przeciwnościom losu i spełnić marzenia. Czy zapomną o wzajemnych urazach? 

 Meg Donohue postawiła na narrację dwuosobową. Dzięki temu zabiegowi poznajemy myśli, emocje i wspomnienia z perspektywy każdej z osobna. Pisarce udało się zgrabnie przechodzić z jednej bohaterki do drugiej, nie gubiąc przy tym wątku powieści. Lekki i prosty styl, jakim posługiwała się Meg, sprawił, że książkę czytało się w zastraszająco szybkim tempie. Musiałam wiele razy odkładać książkę na półkę, aby nie przeczytać jej w jeden wieczór. Niestety ciekawość dalszych losów dwóch bohaterek była silniejsza, więc sięgałam po książkę częściej, niż miałam w planach. 

 Ciepła i wzruszająca powieść, pełna wielosmakowych babeczek, sekretów i intryg. Dobrze prosperująca Pychota, która co pewien czas była dewastowana przez tajemniczego osobnika, nie raz wzbudziła we mnie niepokój. Ale najbardziej zaintrygował mnie mężczyzna w ciemnej bluzie i czapce z daszkiem, który od pewnego czasu pojawiał się po zamknięciu cukierni. Kim był i czego chciał od właścicielek Pychoty?

 Brawa dla wydawnictwa, które postawiło na kolorową, ale i skromną okładkę, która idealnie pasuje do treści książki. Duża czcionka, bez zbędnych zdobień tylko ułatwiała czytanie i była przyjemna dla oczu.  

 Podobała mi się zaciętość i pasja, z jaką Annie piekła swoje cudowne babeczki. Czytając książkę miałam ochotę skosztować wszystkich smaków, które wyszły spod rąk cukierniczki. Od początku spodobała mi się ta bohaterka, pełna ciepła, empatii, ale też niezależności. Choć kryła swą urazę z przeszłości do przyjaciółki Julii, potrafiła wczuć się w jej sytuację. 

 Skoro Annie polubiłam od razu, dlaczego Julia St. Clair znalazła się na dalszym planie? A to dlatego, że pełna sztuczności, zawiści, zazdrości i chłodu, nie mogła przypodobać się mojej osobowości. Ale z czasem i ona zaczęła dostrzegać, że nie jest tylko niezależną kobietą, ale też suką, za którą uważało ją spore grono osób. Nadszedł czas, kiedy przejrzała na oczy. I właśnie w tamtym momencie zaskarbiła sobie trochę mojej sympatii. 

 Książkę polecam każdemu, kto ma ochotę na pyszne i kolorowe babeczki, a także na powieść pełną pasji, wzruszeń, przyjaźni, a także małego dreszczyku emocji.

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia