"Milion słońc" Beth Revis


Beth Revis stworzyła świetną kontynuację losów bohaterów z "W otchłani". Po obaleniu poprzedniego dyktatora, władza spadła na Starszego, który postanowił wprowadzić nowe rządy. Zrezygnował z fidusa, ponieważ uważał, że on tylko sprawia, że ludzie są otępiali, posłuszni, nie mają własnych wyborów. Postanowił także kontynuować powierzoną im misję i doprowadzić, by statek doleciał na Centauri-Ziemię. W tym celu szukał odpowiedzi na wiele pytań odnośnie stanu technicznego Błogosławionego, a także czasu, jaki pozostał do wylądowania na nowej planecie. Wydaje się, że wszystko zmierza ku lepszemu, a rządy Starszego wprowadzają spokój i lepsze czasy. Jednak to wszystko się zmienia i wcale nie na lepsze! Pojawiają się zamieszki w mieście, odnaleziono ciało zamordowanej kobiety, a także innych ludzi. Każdy z nich ma przyklejone trzy medplasty z napisem "Bądź posłuszny władzy". Groźba czy ostrzeżenie? Zagadek jest coraz więcej! A to jest to, co lubię najbardziej. Zagadki, tajemnice i bohaterowie, którzy próbują je rozwiązać. Amy trafia na pewne tropy, które doprowadzą do częściowego jej rozwiązania.

W książce znajdziemy poprzednich bohaterów, a także kilku nowych, którzy pełnią ważne role na statku. Autorce udało się stworzyć nietuzinkowe postacie, interesujące wątki, a przede wszystkim ciekawą historię! Taką, która koleny raz trzyma czytelnika od pierwszej strony do ostatniej w wielkim napięciu i oczekiwaniu. Gdy sięgnęłam po powieść z myślą "tylko sprawdzę, czy jest napisana na podobnym poziomie co tom pierwszy" nie spodziewałam się, że odłożę ją odpiero, gdy przeczytam ostatnie zdanie. Ale tak właśnie było! "Milion słońc" pochłonęło mnie do takiego stopnia, że nie liczyło się to, iż jestem bardzo zmęczona, a moje powieki ledwo unoszą się do góry przy każdym kolejnym mrugnięciu. Akcja trzymała mnie w napięciu do ostatniej strony, więc musiałam przeczytać. Książkę odłożyłam po piątej rano, całą noc poświęciłam na czytanie. I wiecie co? To była naprawdę świetnie spędzona noc! Nawet brak snu nie zepsuł mi humoru. 

W tej części odnajdziemy wiele wątków rozpoczętych w "W otchłani". Doszło kilka nowych, równie interesujących co poprzednie. W tle powieści obecny jest wciąż wątek miłosny między głównymi bohaterami, Amy a Starszym, znany z poprzedniej części. Jednak jak wspomniałam, stanowi ono tylko tło do głównych wydarzeń. Beth Revis z Śmiertelnej Odysei nie zrobiła kolejnej miłosnej opowiastki dla młodzieży i dobrze! Umieszczenie wątku miłosnego tylko w tle sprawiło, że powieść nie stała się kolejną taką samą na rynku, ale jednak wpasuje się w panujące standardy, jak i dodało trochę świeżości w niektórych momentach fabuły. Na uwagę zasługuje rewelacyjnie przedstawiony wątek rozwiązywania zagadki i szukania tropów, które zostawił dla Amy Orion. Razem z bohaterką próbowałam domyślić się pewnych skojarzeń mężczyzny z literaturą czy malarstwem. I nieskromnie przyznam, że na część wpadłam szybciej, niż bohaterka. 

Mówiąc szczerze, "Milion słońc" to dla mnie ciekawsza lektura i bardziej emocjonująca niż jej poprzedniczka. Więcej się dzieje, a i czytelnik jest o krok od rozwiązania zagadki. Jednak autorka wie, kiedy urwać i zatrzymać nas w oczekiwaniu. Ja po przeczytaniu tego tomu wiem, że na pewno sięgnę po trzeci, który jest w przygotowaniu. Muszę koniecznie przekonać się, jak skończy się historia ludności z Błogosławionego. Na uwagę zasługuje również okładka, która w rzeczywistości jest jeszcze bardziej magiczna niż na zdjęciu. A wam polecam czym prędzej sięgnąć po tom pierwszy i jej kontynuację. Powinna przypaść do gustu młodzieży, ale też starszym czytelnikom, którzy lubią sięgać po emocjonującą lekturę, a także książki z gatunku science-fiction. Ja jestem zadowolona z lektury, otrzymałam wszystko, co oczekiwałam, a nawet więcej! Polecam!


W otchłani Tom 2: Milion słońc [Beth Revis]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Faceci z sieci, czyli w poszukiwaniu miłości" Katarzyna Gubała


Miłość jest ważna w codziennym życiu. Jedyni nie wyobrażają sobie funkcjonowania w pojedynkę, czują się słabi, zostawieni samym sobą. Za to inna grupa społeczeństwa czuje się jak ryba w wodzie będąc singlem i są z tego dumni. Ale czy życie w pojedynkę jest takie barwne, ciekawe, pełne uniesień, zabawnych momentów? Nie zawsze jest kolorowo, często należy wiele z siebie dać, wiele łez wylać, aby być szczęśliwym. W każdym razie, miłość, uczucie podniecenia, zainteresowania... jest to coś, za czym sporo osób tęskni i na ślepo do tego dąży. 

Karolina po kolejnym nieudanym związku postanowiła znaleźć męża idealnego. Wiedziała, że w klubach, na dyskotekach i innych imprezach nie ma szans, aby znalazła tego jedynego. W takim razie jak? A no przez internet! Zalogowała się na jednym z portali randkowych, stworzyła swój profil, wymyśliła nick - Szarlotka, i ruszyła na podbój serwisu! Potencjalnych kandydatów było wiele, np. niewinny inteligent, niedoskonały podlągacz... Oj przeróżni! Tak samo, jak ich nicki, a także opisy w profilach. Jak to w życiu bywa, różnych ludzi można spotkać i różne przypadki im się zdarzają, także śmiechu było naprawdę sporo.

Autorka postanowiła stworzyć słodko-gorzką powieść o poszukiwaniu partnera. Książka to swoisty dziennik, poradnik, jakie typy mężczyzn występują, co ich charakteryzuje, a także wszelkie rady na temat poszukiwań. Początkowo myślałam, że połączenie poradnika i dziennika będzie złym pomysłem, ale okazało się inaczej. Dawno tak dobrze nie bawiłam się przy książce! Wiele razy naprawdę głośno się śmiałam, gdy przeczytałam o losach Szarlotki i jej potencjalnych kandydatów na męża. Samo określenie danego mężczyzny wzbudza uśmiech na twarzy. I pewnie wiele osób czytając tę książkę zda sobie sprawę, że każdy ten typ mężczyzny czy kobiety zna! Narracja pierwszoosobowa często wzbudza pewien niesmak w czytelniku, jednak w tym wypadku był to strzał w dziesiątkę. Można poznać myśli Karoliny, które niekiedy bawią, a niekiedy przerażają. Szarlotka nie jest bohaterką nudną czy irytującą. Jej myśli wcale nie denerwują, lecz spajają w pewien sposób całą książkę. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że jest zdesperowana, skoro szuka partnera w internecie, ale uważam, że trzeba mieć nieco odwagi, aby to uczynić. 

Sama zainteresowana napisała, że w rozmowach na czacie należy zachować dużo ostrożności. Po pierwsze, nie podawać swojego imienia od razu, adresu zamieszkania, miejsca pracy czy imion znajomych, po których łatwo można daną osobę zidentyfikować. Po drugie, nie należy umawiać się na randki w dziwnych, tajemniczych miejscach. Przede wszystkim spotkanie powinno się odbyć w miejscu publicznym, gdzie w razie czego będzie miał kto udzielić pomocy. Po trzecie, warto posiadać telefon na kartę. Gdyby tak się stało, że osoba czatująca trafi na niezłego świra, który nie chce dać spokoju, łatwo można wymienić kartę, a poprzednią wyrzucić. Męczące telefony nagle milkną, a i trudniej po takim numerze zlokalizować właściciela aparatu. Może są to uwagi wszystkim znane, jednak sporo osób o nich zapomina, gdy wydaje im się, że rozmowa jest ciekawa, a człowiek godny zaufania.

"Faceci z sieci" to powieść zabawna ale z dozą ironii. Dodatkowo lekki język sprawia, że czyta się ją w ekspresowym tempie. Ponadto autorka postanowiła wykorzystać cechy poradników i dzienników, które zgrabnie połączyła. Dzięki temu czytelnik nie ma wrażenia, że narratorka narzuca mu swoje zdanie, które nie ma poparcia. W książce znajdują się uwagi, rady, ale także zapiski z randek, na które Szarlotka się wybierała. Powieść napisana przez Katarzynę Gubałę będzie idealną pozycją na wieczory, gdzie człowiek (głównie kobieta, choć i wiele panów uśmiechnie się przy tej lekturze) ma ochotę na chwilę odprężenia po ciężkim dniu. Osobiście pochłonęłam ją w dwa dni, gdzie naprawdę dobrze się przy niej bawiłam i skutecznie poprawiła mi humor. Po przeczytaniu "Facetów z sieci" uświadomiłam sobie, jakie niebezpieczeństwa czekają na nas w internecie i jak łatwo zapomnieć o ostrożności. Polecam i z chęcią przeczytałabym kolejną pozycję tego typu!


Czytaj dalej »

"Urodzona bogini tom 2" P.C. Cast


"W kręgu mocy Partholonu" wydaje się być kolejnym tasiemcem, który pochłania wszystko na swojej drodze (w tym pieniądze i czas czytelnika) nie dając od siebie nic specjalnego. Ale czy tak jest na pewno? Autorka rozpoczęła serię świetną historią, która wciągnęła czytelnika w swój świat i nie pozwoliła odejść. Dwie pierwsze części były naprawdę intrygujące i trzecia, a mianowicie "Urodzona bogini" zapowiadała się tak samo. Niestety, tom pierwszy tej części okazał się być lekkim nieporozumieniem. Mało ciekawa historia, wiele niedomówień, brak rozwiniętych wątków, które mogłyby uratować tę książkę. Wielkie nadzieje pokładałam w tomie drugim...

Morrigan traci przytomność i budzi się w nowym wcieleniu oraz innym świecie, Sidecie. Okazuje się, że znalazła się w kraju, gdzie mieszkańcy buntują się, przestają wierzyć w możliwości wybranki Epony, a więc Nosicielki Światła. Początkowo w ukryciu zaczynają czcić boga ciemności, Pryderiego. Jednak ma on ogromną moc i poza zjednaniem sobie mieszkańców, wziął sobie za cel zbliżenie się do Morrigan, a co za tym idzie - władanie jej duszą. Nic dziwnego, że do akcji wkracza Myrna, dziewczyna podobna do głównej bohaterki jak dwie krople wody. Czy Morrigan ulegnie pokusom boga ciemności? Czy plan, jaki postanowiła jej bliźniaczo-podobna dziewczyna wprowadzić w życie powiedzie się?

Muszę przyznać, że spodziewałam się więcej po tej części. Jednak nie okazała ona się taka zła, jak jej przeciwniczka. Akcja została przeniesiona do mitycznego świata, co oczywiście jest jej dużym atutem. Autorce zdecydowanie lepiej wychodzi kreacja tej krainy, niż czasów współczesnych. Niestety, do opisów nie zostało zbyt wiele nowości wprowadzonych, także wędrujemy z bohaterami już po znanym miejscu. Zdecydowanie więcej dowiadujemy się o głównej bohaterce. Między innymi o tym, jakimi magicznymi mocami włada, czego w zasadzie brakowało mi w poprzedniej części. Pojawia się też sporo nowych bohaterów, a ich kreacja jest zaskakująco dobra. Każdy jest inny, nietuzinkowy i wprowadza coś do fabuły. Samego Pryderiego jest więcej, a jak na czarny charakter przystało, sporo namiesza w całej historii. 

Może się wydawać, że "Urodzona bogini. Część 2" jest lepszą kontynuacją, ale nie do końca. Może i dzieje się więcej, ale autorka nie pokusiła się o ciekawsze opisy, trzymające w napięciu wydarzenia. Wszystko zostało stworzone na wzór pierwszych części serii, a co za tym idzie, czytelnik odnosi wrażenie, że czyta już dobrze znaną historię w trochę zmienionej wersji, z innymi bohaterami. Zależności, które występują między Morrigan i Myrną są bardzo podobne, jak nie takie same, co miało już miejsce między Shannon a Rhiannon. Nie jest to zły zabieg, ale nie wnosi nic nowego do powieści. A właśnie powiewu świeżości brakuje tej książce. 

Uważam, że tasiemiec, jaki tworzy autorka, przestaje wpisywać się w oczekiwania czytelników. P.C. Cast rozpoczęła cykl intrygująco, ale po wielkiej fali entuzjazmu z naszej strony, postanowiła wrócić do tego, co wychodzi jej najlepiej - pisania taśmowo, bezpłciowo, powielając schematy coraz częściej spotykane i co najgorsze, kopiowania samej siebie! Bo jak inaczej można nazwać to, że w kolejnych częściach pojawiają się pomysły z poprzednich? Motywy, zależności, moce... Niewiele nowego tutaj spotkałam, a szkoda. Dodatkowo prosty język, jakim nas uraczyła nie ratuje sytuacji. Jeżeli autorka pokusi się o napisanie ciągu dalszego i zostanie on wydany w naszym kraju to rzecz jasna, z ciekawości przeczytam. Liczę tylko, że będzie to czas spędzony na interesującej lekturze, bo o "Urodzonej bogini" nie mogę tego powiedzieć. A szkoda. Ale jedno muszę przyznać - okładki to ta seria ma naprawdę magiczne i przyciągające wzrok!

Czytaj dalej »

"Urodzona bogini tom 1" P.C. Cast


O twórczości P.C. Cast krążą w sieci różne pogłoski. Z moich obserwacji wynika, że więcej jest tych negatywnych, niż pochwalnych i od dawna zastanawiałam się dlaczego. Postanowiłam przekonać się na własnej skórze i sięgnęłam po serię wydawaną przez wydawnictwo Mira. Przeczytałam "Wybrankę bogów", która urzekła mnie światem mitologicznym przedstawionym w powieści. Sama historia miała potencjał, została przedstawiona naprawdę ciekawie, więc nie pozostało mi nic innego, jak sięgnąć po kontynuację, jaką był "Powrót bogini". I tutaj spędziłam miło czas, choć mój entuzjazm troszkę zmalał, bowiem mniej rzeczy działo się niż w pierwszej części, a na pewno nieco mniej interesująco. Jednak wciąż pewna, że jest to dobra historia, doczytałam do końca. W większej mierze było to pozytywne spotkanie z twórczością autorki i zaczynałam się zastanawiać, skąd tak nieprzychylne opinie na temat jej twórczości. Idąc dalej tym tropem sięgnęłam po nowość Miry, a więc po "Urodzoną boginię". I tutaj zaczynają się schodki, bowiem zaczynam wierzyć w słowa internautów...

Główną bohaterką nie jest Shannon, którą doskonale znamy z poprzednich części, lecz Morrigan Parker. Dziewczynę od najmłodszych lat wychowywali dziadkowie, rodzice Shannon. Zaobserwowała, że znacznie różni się od swoich rówieśniczek, a także posiada umiejętności, których nie dostrzegła u innych osób. Dodatkowo wciąż towarzyszy jej przeczucie, że jak nikt inny, ona właśnie nie pasuje do świata, w którym przyszło jej żyć. Z czasem zaczyna dostrzegać dziwne rzeczy, które się wokół niej dzieją. Gdy dowiaduje się o swoim pochodzeniu, dziewczyna podejmuje decyzję. Ale czy będzie ona dobra? Zwłaszcza, że kroczy za nią Pryderi, Bóg Ciemności, który ma wobec niej niecne zamiary. Jaki będzie finał tej historii?

Niby zapowiada się dość ciekawie. Współczesny świat, mitologia, mieszanka wybuchowa, ale mogłoby być interesująco, gdyby autorka akcję przeniosła do Partholonu, jak w pierwszej części "W kręgu mocy Partholonu", a nie usadowiła jej w Oklahomie, która jest tak samo bezbarwna, jak postacie występujące w tej książce. Większa część historii miała miejsce właśnie w tym mieście, a tylko niekiedy autorka powracała do mitologicznego świata, aby przybliżyć bohaterce jej pochodzenie. Niestety ten zabieg nie spotkał się z moim entuzjazmem, gdyż zdecydowanie lepiej czytało mi się o mitologicznym Partholonie, niż współczesnej Oklahomie. To o tym pierwszym P.C. Cast ciekawiej pisze, barwniej, z zainteresowaniem. 

Bohaterów w powieści jest sporo tylko nie wyróżniają się niczym szczególnym, więc nie zapadają w pamięć. Trudno było mi także utożsamić się z Morrigan, bądź chociaż polubić, tak odrobinkę. Niestety główna bohaterka nie była jakaś oryginalna, nie wyróżniała się na tle swoich rówieśników (pomijając wspomnienie, że posiada magiczne moce, bo o tym było niewiele). Autorka przedstawiła ją zwyczajnie, wręcz bezbarwnie. Żadnego temperamentu, indywidualnych cech, które by mogły zainteresować czytelnika. To samo miało miejsce w przypadku pozostałych postaci występujących w książce. Opisy, wydarzenia, tego także mi zabrakło. Tom pierwszy "Urodzonej bogini" wręcz mnie rozczarował. Liczyłam na emocjonującą lekturę, tak jak podczas czytania "Wybranki bogów" i "Powrotu bogini", a otrzymałam coś przeciętnego. Nie na to liczyłam. Zbyt mało się tu działo, zbyt cicho, jak na tak wielkie możliwości w temacie. Potencjał był, przynajmniej dobrze się zapowiadało. 

Niestety mam wrażenie, że autorka osiadła na laurach i nie ma najmniejszej ochoty wykazać czegoś więcej. To tak, jakby napisała kolejne części tylko po to, aby zgarnąć pieniądze, bo wie, że sporo ludzi sięgnie po kontynuacje tylko po to, aby nie pozostawić rozpoczętej serii niedoczytanej. Być może tak właśnie jest? Liczę, że w drugim tomie historia okaże się wciągająca oraz będzie działo się dużo więcej. Warto dodać, że "Urodzoną boginię" można przeczytać bez znajomości poprzednich części o losach jej matki, ponieważ P.C. Cast na początku przypomina w skrócie co działo się w przeszłości. To dobry zabieg, który pozwoli przypomnieć czytelnikom, co miało miejsce poprzednio, a nowym w rozeznaniu się w fabule. 


Czytaj dalej »

KĄCIK MUZYCZNY (#1) - coś, co pomaga i jednocześnie rozprasza w trakcie nauki

Nie jest łatwo być studentką, której zbliża się kolokwium z historii wielkimi krokami, a która tego przedmiotu wręcz nienawidzi od pierwszego dnia, kiedy zaczęła się go uczyć. Historia, przez lata nabierała nowych znaczeń i form. Nawet dopadła mnie na studiach, pod inną nazwą, nieco ciekawszą, bo "historią myśli pedagogicznej", ale bądź co bądź, to wciąż ta sama historia, tylko ładniej nazwana. No cóż, nie zaczęłam pisać posta po to, aby się Wam wyżalić, jaki to zły mój los - bo taki w rzeczywistości nie jest. Chociaż nie da się ukryć, że wszystko wydaje się być bardzo interesujące, co nie ma związku z przedmiotem nauki... Jednak ten czas umila mi muzyka, ale jednocześnie przeszkadza, gdy losowo trafi się polski utwór. Słowa same wychodzą w takt muzyki. 

A co umila mi czas dzień przed kolokwium? Trochę polskich wykonawców, trochę zagranicznych. Nie chciałabym Was zasypywać moją pełną playlistą, więc wybrałam kilka, moim zdaniem, godnych uwagi. Jednak ostatnio odkryłam, że najlepiej uczy mi się przy... mieszance. Trudno mi określić kategorię, w jakiej znajduje się ten utwór. Dziewięć minut relaksu dla duszy i ciała!

A w międzyczasie raczę się oto takimi hitami. Część jest znana, codziennie puszczana w radiach, ale pozostałe to raczej perełki, które nie zostały jeszcze odkryte, a jak zostały to nie na taką skalę, na jaką powinny być. Może to dobrze? Któryś z nich znacie, słuchacie, a może zupełnie Wam nie po drodze z taką playlistą? Wszystkie są zachowane raczej w jednakowej tonacji, aczkolwiek mają szansę przypaść do gustu każdemu. Czy tak jest w rzeczywistości?







I dla zachowania klamry kompozycyjnej, utwór w stylu pierwszego. Chyba przy takich najłatwiej jest mi się skupić na historii. A Wam co towarzyszy podczas uczenia? Może jesteście zwolennikami idealnej ciszy, gdy zatapiacie się w świecie literek/cyferek/obrazków (niepotrzebne skreślić, w zależności od przedmiotu)?

Czytaj dalej »

Katarzyna Michalak "Gra o Ferrin. Kroniki Ferrinu tom 1"


Twórczość Katarzyny Michalak znam, ale z tej słodszej, bardziej bajkowej strony, a także tej nieco bardziej realnej, trudnej. Za mną już kilka książek i śmiało mogłam wyrobić sobie zdanie o autorce. Jednak jedno mnie wciąż zastanawiało. Jak kobieta, która pisze o życiu w sposób cukierkowy z nutą goryczy, niekiedy brutalny, może napisać książkę fantastyczną? Jak to tak, literatura dla kobiet a obok fantastyka? Muszę przyznać, że z dużą dozą sceptycyzmu podchodziłam do "Gry o Ferrin" i całego pomysłu z wznowieniem pierwszej części i przy okazji wydania kolejnych. Przyznajcie się, Wy też się dziwiliście i z dużym dystansem do tego podchodziliście. Ale powiem Wam jedno - nic nie wiecie i bardzo się mylicie! Ja przeżyłam szok, teraz czas na Was!

Karolina to zwyczajna kobieta, która nie do końca odnajduje się w tym życiu. Jest lekarką i jak na lekarkę z powołania, pragnie ratować ludzkie życie. Pewnego dnia otrzymuje wezwanie - samobójstwo. Wraz z swoją "ekipą" wyrusza na ratunek. Akcja jak akcja, niby nic nadzwyczajnego, choć nie codziennie ktoś próbuje odebrać sobie życie. Kobieta nie podchodziłaby do tej akcji aż tak emocjonalnie, gdyby na chodniku nie zobaczyła... siebie. A właściwie dziewczyny, która była uderzająco do niej podobna. Coś w niej pęka. To zdarzenie jednak ma większe znaczenie, niżby się mogło wydawać. Przestaje sobie radzić ze wszystkim i powoli traci bliskich. A jedynym ratunkiem jest możliwość przedostania się do Ferrinu, świata marzeń, znanego z opowieści. Właśnie tego wieczoru podejmuje decyzję - zmienia Wymiar. Jednak wymarzony Ferrin, tak zachwalany nie jest takim w rzeczywistości. Piękny? Owszem. Ale zagrożony. Panuje wojna, a Karolina vel Anaela stała się Leczącą i na dodatek długo wyczekiwaną z Przepowiedni. Czy kobieta sprosta zadaniom, jakie zrzucono na jej barki? Ile jeszcze razy będzie musiała otrzeć się o śmierć, swoją i bliskich?

Jestem pod ogromnym wrażeniem. Dawno żaden autor mnie tak nie zaskoczył, jak to się udało Katarzynie Michalak. Spodziewałam się... wiele, a raczej niewiele, a otrzymałam naprawdę świetną książkę. Były potknięcia, ale nawet mistrzom się zdarzają. Pokuszę się o stwierdzenie, że chyba wolę Michalak w wydaniu fantastycznym. Po pierwsze, bardzo ciekawa fabuła. Zaczyna się zwyczajnie, "zalatuje tanim dramatem", aż do chwili (a więc całkiem szybko), gdy Karolina trafia do nowego wymiaru i staje się Anaelą. Akcja w tym momencie nabiera tempa. Po drugie, interesujące postacie. Autorce udało się stworzyć nietuzinkowych bohaterów, gdzie każdy z nich jest unikatowy - ma własny temperament, przyzwyczajenia, poglądy. Jest ich sporo, ale żaden z nich nie jest podobny do drugiego, a na pewno przy bliższym poznaniu okazuje się, że nie są szablonowi. I to mi się podobało! Po trzecie, coś, co mnie bardzo urzekło, a mianowicie tajemnice, niespodzianki i to, że nic nie jest pewne. Początkowo się wydaje, że ci, którzy stoją po złej stronie mocy, nie zawsze są źli. Pytanie tylko, jakimi pobudkami się kierują?

Nie można przejść obojętnie obok okładki. Grafik spisał się na szóstkę, Wydawnictwo Literackie również! Okładka przyciąga, hipnotyzuje i sprawia, że aż chce się trzymać tę książkę w ręce. Zdjęcie nie oddaje tej magii, która ujawnia się na żywo. Cieszę się, że powieść trafiła do mnie właśnie w takim wydaniu!

Jedno muszę powiedzieć. Moje zdanie o twórczości tej autorki się zmieniło. W "Grze o Ferrin" widać staranność, z jaką napisała tę historię. Dokładność, obrazowość, zainteresowanie czytelnika. Dodatkowo sama historia należy do ciekawych i sposób budowania akcji, napięcia nie pozwolił mi przerwać lektury. Bywały momenty, kiedy musiałam się zmuszać do odłożenia jej, bo przecież obowiązki czekały. A tu zwroty akcji, coś się dzieje. Powiedzcie mi, jak tu odłożyć książkę na bok w środku wojny? Jestem pod wrażeniem, naprawdę. I choć zdarzały się potknięcia, małe zgrzyty to i tak uważam, że debiut jak najbardziej udnay i godny zauważenia. Jeżeli autorka utrzyma taki sam poziom (a może nawet i wyższy?) w pozostałych częściach to jestem pewna, że ponownie zrobi się o niej głośno i to w pozytywnym znaczeniu. Jak najbardziej polecam!


Czytaj dalej »

"Wiosna w Różanach" Bogna Ziembicka


Nie mogłam się doczekać, nim ponownie wrócę do Krakowa i Różan, że znów będę przez kilka godzin żyła z Zosią, panią Zuzanną, Marianną czy Erykiem. Zżyłam się z tymi postaciami, z ich problemami, radościami. Gdy tylko znalazłam czas na powrót do Różan, sięgnęłam po książkę i nie wypuściłam jej z rąk, dopóki nie skończyłam czytać. A działo się tutaj naprawdę dużo!

Nie wszystko jest takie, jakie się początkowo wydaje. Zosia spodziewa się dziecka wraz z Krzysztofem. Ale los strasznie z nich zadrwił i odebrał im ukochane dziecko. Dziewczyna załamuje się, a Krzysztof odchodzi. I choć wydaje się, że gorzej być już nie może, kobieta odczuwa brak ojca i ukochanej niani. Jedynym pozytywnym aspektem jest to, że przy Zosi wciąż czuwają przyjaciele, na których zawsze może liczyć. Ale czy dziewczyna się podniesie? Czy w końcu przejrzy na oczy i zobaczy miłość Eryka?

Nie chcę zdradzać zbyt wiele z fabuły tej części, ponieważ wiele osób może nie znać treści tomu pierwszego. Po co zdradzać szczegóły? Jedno jest pewne - książka jest przepełniona plejadą przeróżnych emocji - niekiedy przechodzących ze skrajności w skrajność, zwłaszcza w przypadku Zosi (raz uśmiech, raz łzy). Wydarzeń, które odmienią losy każdego z bohaterów jest sporo i co najważniejsze, ich przebieg jest wiarygodny. Zdarzają się sytuacje, gdzie można wątpić w ich prawdziwość, zwłaszcza w takiej kolejności, w jakiej miały one miejsce, ale nie zepsuło to klimatu powieści. Bohaterowie w tym tomie byli mi bliżsi, łatwiej było mi się z nimi utożsamić czy przeżywać wspólnie ich wzloty i upadki. Autorka zręcznie przemieszczała się między wątkami, zgrabnie je łączyła. Nie było sytuacji, by coś wydarzyło się nagle, bez przyczyny i bez skutku. Każde słowo wyważone, dobrze dobrane. To mi się podoba!

Drugi tom tej historii zdecydowanie bardziej przypomina rzeczywistość. Mniej tu bajkowości, mniej sielanki, więcej problemów i łez. Czytelnik ma wrażenie, że czyta coś, co w rzeczywistości się wydarzyło. W końcu los, jaki spotkał Zosię, Mariannę czy nianię nie jest dla nikogo żadną nowinką, takie rzeczy dzieją się wśród nas, w życiu prywatnym, jest to naturalna kolej rzeczy, choć nie zawsze mile widziana. 

Muszę dodać, że styl i sposób budowania akcji, nutki napięcia u Bogny Ziembickiej się nie zmienił. Ale dla mnie jest to bardziej zaleta niż wada. Wiedziałam, czego mogę się spodziewać po książce i właśnie to otrzymałam, właśnie w takiej a nie innej formie, do której zdążyłam się już przyzwyczaić. "Wiosna w Różanach" nie odstaje poziomem od "Drogi do Różan". Napisane są w podobny sposób, zachowana została ciągłość zdarzeń. A i bohaterów też nowych autorka wprowadziła. Powieść dzięki temu zrobiła się jeszcze ciekawsza, niż zapowiadało się na początku. 

Spodobało mi się również to, że autorka więcej uwagi poświęciła bohaterom, którzy w pierwszej części grali role drugoplanowe, bądź mało ważne w życiu tych głównych. Dzięki temu zabiegowi czytelnik ma okazję poznać nieco bliżej Mariannę, rodziców Krzysztofa, nawet samego Eryka, niekoniecznie z perspektywy jego wybranki. Nieco więcej uwagi poświęcono także Natalii Berg i innym intrygantkom, co nadało świeże spojrzenie, inną perspektywę. Bognie Ziembickiej nie brakowało fantazji, także ilość bohaterów nie przeraża. Zwłaszcza, że każdy z nich jest nietuzinkowy, niepowtarzalny. Wiele temperamentów, a co za tym idzie - problemów, które trzeba rozwiązać.

Z "Wiosną w Różanach" spędziłam wiele miłych chwil. Czytało mi się szybko, choć czas w książce nie "pędzi na łeb i szyję". Życie w Różanach i Krakowie toczy się powoli, aczkolwiek nie monotonnie. Jest ciekawie, niekiedy z małym dreszczykiem emocji, napięcia. Żałuję tylko, że tak szybko musiałam rozstać się z bohaterami. Mam po cichu nadzieję, że autorka pokusi się o stworzenie książki, w której spotka się choć część bohaterów z Różan. A serię o Różanach polecam z czystym sumieniem! 


Czytaj dalej »

"Nocna rozmowa" Consilia Maria Lakotta

Wydaje się nam, że różnice w wyznaniach nie są aż tak wielką przeszkodą w nawiązywaniu nowych relacji. Wydaje się nam, ponieważ w praktyce zupełnie inaczej to wygląda. Tak naprawdę trudno dojść do porozumienia w niektórych kwestiach, każda wiara ma swoje własne poglądy na daną sytuację i nie zawsze człowiek postępujący zgodnie z własnymi wyznaniami, potrafi tolerować czy spróbować zrozumieć postępowanie drugiej osoby. W takiej dość skomplikowanej sytuacji znalazł się Gregory Bower.

Pewnego wieczoru Nowy Jork spowija ciemność spowodowana niespodziewaną awarią rozdzielni w elektrowni. I choć nie wydaje się być to jakieś wyjątkowe zdarzenie, w końcu u nas, w Polsce, takie awarie czy wyłączenia prądu są na porządku dziennym, to ta krótka dostawa prądu sprawiła, że ten listopadowy wieczór okazał się być dla niektórych ludzi bardzo ważny. Do baru trafia kilkoro nieznanych sobie ludzi, którzy stają się świadkami spowiedzi, rozliczenia z przeszłością kapitana Gregory'ego. Amerykanin niemieckiego pochodzenia i chrześcijanin zakochał się w córce żydowskiego sprzedawcy antyków. Połączyła ich miłość, ale czy jest ona najmocniejszym fundamentem? Jedność dusz Judith poczuła jednak przy jego bracie - Ablu. Sprawa nie mogła wyjść na prostą, niepohamowana zazdrość pogłębiła tylko przepaść, jaka zaistniała między tą dwójką. 

To nie jest łatwa lektura, choć początkowo tak się wydawało. Wbrew pozorom nie znajdziemy tutaj tylko wątków miłosnych. Autorka postanowiła wykorzystać fakt, że bohaterów różni pochodzenie, religia i głoszone poglądy, więc zrobiła z nich swoiste porównanie. W powieści pojawia się kilka ważnych pytań odnośnie wiary, własnego pochodzenia, religii, marzeń. Poruszona jest także kwestia powrotu do korzeni, do przeszłości poprzez wstąpienie rodziny Judith do wspólnoty - kibucu, jak i również sytuacja polityczna Izraela w latach sześćdziesiątych.

Bohaterowie są dość dobrze wykreowani, portrety psychologiczne dobrze przedstawione. Każda z postaci jest wyjątkowa, ma własny charakter, temperament i przyzwyczajenia, które nadają barwy w wzajemnych relacjach. Język "Nocnej rozmowy" jest przystępny dla czytelnika. Nie jest zbyt prosty, nie ma w nim też zbyt dużej ilości metafor. Jest po prostu na dość dobrym poziomie. Tematyka jak widać nie jest łatwa, zmusza do głębszych refleksji. Według mnie nie nadaje się do przeczytania w jeden wieczór, ponieważ natłok myśli, jaki się pojawia u czytelnika w trakcie zapoznawania się z lekturą sprawia, że trzeba na chwilkę odłożyć książkę. 

Osobiście polecam, choć było kilka elementów, które mnie drażniły. Między innymi bardzo częste powtarzanie imienia George'a przez Judith. Miałam wrażenie, że kobieta próbuje przypomnieć bohaterowi jak on się nazywa. Czyżby cierpiał na dziwną odmianę amnezji, o czym nie poinformowano czytelnika na początku historii? Dla mnie minusem jest także objętość książki. Dla jednych będzie to zaleta, opowieść zwięzła i na temat. Ale dla mnie niektóre wątki zostały zbyt mało rozbudowane, "leciały na łeb i szyję". Ale jest to interesująca pozycja i mimo tych małych wad, warta jest przeczytania. Na pewno otworzy oczy na pewne kwestie, a część czytelników odruchowo utożsami się z którymś z bohaterów. Książka porusza tematy ważne, aktualne, więc warto.


Czytaj dalej »

"Ocean na końcu drogi" Neil Gaiman


Czy ktoś z Was miał tak chociaż raz, że biorąc do ręki książkę poczuł, że właśnie z tą historią przeżyje coś niesamowitego; że podczas czytania tej książki świat bohaterów pochłonie go bez reszty i jest niemal pewien, że na długo pozostanie w nim? I to wszystko bez przeczytania ani jednego zdania? Ja tak miałam. Nie wiedziałam co sprawiło, że takie myśli przyszły mi do głowy, gdy wzięłam w ręce "Ocean na końcu drogi", ale tak właśnie było. I wydawało mi się, że paradoksalnie tak być może, choć przecież historia, którą wówczas miałam w ręce, jest napisana na zaledwie 216 stronach. Ale możecie być pewni - tyle wystarczyło, by skraść moje serce, duszę i uwagę na wiele, wiele godzin. A przecież na przeczytanie wystarczyły dwie godziny.

Wyobraź sobie, że masz siedem lat. Niby dużo, ale tak naprawdę niewiele. Twoim światem są rodzice, młodsza i nieco denerwująca siostra, kot, podwórko i stara szopa na tyłach domu. Jesteś jeszcze dzieckiem, więc tylko tyle Ci wystarczy, przecież posiadasz tajną broń, jakiej pozbawiają się dorośli - wyobraźnię. Wszelkie zła tego świata dzieją się w głowie, ale do czasu. Pewnego dnia wracasz ze szkoły i dowiadujesz się, że górnik opali przejechał Twojego kota. Rzecz jasna niespecjalnie, to był wypadek; tak w zasadzie to nie on to uczynił, tylko ludzie, którzy go przywieźli. Ale bardzo chce zrekompensować Twoją stratę i otrzymujesz drugiego kota - nie tak ładnego jak poprzedni, bo rudego, nie tak milutkiego, jak tamten, bo ten wierci się, trąci łepkiem, wydaje dziwne dźwięki oburzenia. I już wiesz, że ten kot nie zastąpi Ci dawnego przyjaciela, mimo to, że to też kot, tylko nieco inny. Idziesz do swojego pokoju i w ciszy opłakujesz stratę kota. Ale to nie wszystko. Okazuje się, że górnik opali zajmie Twój pokój. Potulnie idziesz do pokoju siostry, gdzie musisz dostosować się do panujących tam zasad. Trudno, tak postanowili rodzice, więc tak będzie. Pewnego ranka schodzisz do kuchni na śniadanie, ale nie ma Twojego komiksu. Idziesz do samochodu, bo tato go tam zostawił ale... Jego też nie ma. W ferworze dziwnych dla Ciebie wypadków trafiasz na farmę Hempstocków. Poznajesz jedenastoletnią dziewczynkę, jej matkę, babcię, która wiele widziała oraz staw, który nazywany jest oceanem. Dziwisz się, pytasz, ale odpowiedzi Cię nie satysfakcjonują. I nie będzie tak przez długi czas, bo właśnie teraz, właśnie w tej chwili, zaczynają się dziać dziwne rzeczy...

Neil Gaiman to pisarz znany z cudów, które potrafi wyczarować słowami. A przynajmniej ja tak uważam. Proste słowa wystarczą, aby stworzyć coś na wysokim poziomie ale pod warunkiem, że będą one tak dobrane aby czytelnik odniósł wrażenie, iż są na właściwym miejscu i żadne inne nie będą pasować. Trudne zadanie, bo trzeba mieć już jako tako wypracowany warsztat pisarski. Nie da się ukryć, że wyobraźnia to ogromne pole do popisu dla pisarza, którzy kręci się w fantastycznych klimatach. I właśnie dzięki dziecięcym światku, odrobinie wyobraźni stworzył coś wyjątkowego, pięknego. 

Autor przedstawił historię z punktu widzenia dorosłego człowieka, który wraca myślami do dzieciństwa i opowiada tę część własnego życia jako siedmioletni chłopiec. I właśnie w tym momencie część osób powiedziałoby, że rezygnuje z przeczytania tej książki, bo młodociani narratorzy albo bajki nie są w ich guście. Być może mieliby rację, w końcu gusta mamy różne. Ale jestem pewna, że przeoczyliby naprawdę wartościową książkę! Gaiman stworzył coś na miarę współczesnej baśni; historię, gdzie granica między rzeczywistością a fantastycznym światem niezauważalnie się zaciera. Jedno z drugim się łączy, uzupełnia, tworzy pewną nierozerwalną całość. To jest piękne z punktu widzenia estetyka. "Ocean na końcu drogi" to metaforyczny tekst, ale z jasnym i wyraźnym przesłaniem. Jest to także próba obudzenia w dorosłym czytelniku wyobraźni, pewnych zachowań i wspomnień dziecka, jakim się kiedyś było i które się wciąż w sobie nosi. Jest to również swoiste wyzwanie dla samego pisarza.

Moim zdaniem, powyższą książkę powinien przeczytać każdy. Dziecko, nastolatek, osoba dorosła, a także ta w podeszłym wieku. Gaiman nie szufladkuje własnej powieści, nie nakłada na nią ograniczeń wiekowych. Pisze z wyobraźnią o wyobraźni, o dobru i złu, o potędze miłości, przyjaźni, marzeń. A to przecież wartości, które człowiek ma ze sobą na każdym etapie życia, w każdym wieku. Czytelniku, jeżeli nie chcesz przegapić wartościowej historii, bądź chcesz miło spędzić czas lub na nowo odkryć w sobie pewne wartości, obudzić drzemiące w Tobie dziecko to jak najbardziej powinieneś sięgnąć po "Ocean na końcu drogi". Nie zawiedziesz się, a za to przeżyjesz przygodę pełną emocji!


Ocean na końcu drogi [Neil Gaiman]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Rozmowy bez retuszu" Artur Barciś, Marzanna Graff


Wiecie co to jest fuksówka albo kurtynka w teatralnym żargonie? Nie? Nie martwcie się, ja też nie wiedziałam. Ale Artur Barciś na podstawie swoich doświadczeń opowiada nam o znaczeniu tych zwyczajów, a także o wielu innych, charakterystycznych dla zawodu aktora. I robi to ciekawie, a co najważniejsze - obrazowo. Na bazie własnych przeżyć tworzy obraz czegoś, co stało się częścią jego samego.

Marzanna Graff postanowiła stworzyć długi wywiad z Arturem Barcisiem, polskim aktorem teatralnym i filmowym. Niełatwo było go przekonać, ale widocznie ma dar, skoro powstał tak rewelacyjny dokument. Kilka spotkań, długie godziny rozmów i powstało coś wspaniałego! Aktor kreśli obraz wspomnień, od wczesnego dzieciństwa poprzez okres dojrzewania, aż do dnia dzisiejszego. Nic nie ukrywa, przedstawia swój świat takim, jakim był i jest. Nie zawsze było kolorowo, o czym sam mówi, nie zawsze było łatwo. Bieda nie ułatwiała funkcjonowania w społeczeństwie, tym bardziej jego ułomność fizyczna. Gdyby nie rodzina i wsparcie, jakie mu przekazywali, a także upór do spełnienia marzeń to nie wiadomo, czy osiągnąłby takie sukcesy, albo czy w ogóle choć jeden by miał. Ale cieszy się z tego, co osiągnął. Z wywiadu dowiadujemy się gdzie aktor uczył się swoich umiejętności, jak przebiegała jego kariera teatralna i filmowa, a także to, ile trudu go to wszystko kosztowało. Zawód aktora teatralnego nie jest taki łatwy, o czym przekonał się Artur Barciś. Ale jego wewnętrzne pragnienie i szczęście, jakie odczuwał podczas wcielania się w rolę sprawiły, że poczuł, iż to co robi jest tym, co chce robić przez całe życie i to go satysfakcjonuje. A polska kultura oczywiście na tym skorzystała!

Zagłębiając się w "Rozmowy bez retuszu" można już od pierwszych stron dostrzec, jak trafne pytania zadawała Marzanna Graff. Potrafiła podejść aktora z różnych stron, niby dookoła tematu, aż w jednej chwili trafić w punkt. I to ten właściwy. Dobre pytania to już połowa sukcesu takich wywiadów! Można zaobserwować, że z Marzanny jest także dobra słuchaczka, która z wypowiedzi Barcisia potrafiła wybrać to, co może zainteresować potencjalnego czytelnika, który nie zna zwyczajów oraz żargonu teatralnego, i zadawała szczegółowe pytania o tę sprawę czy rzecz. Dzięki temu powstał naprawdę interesujący wywiad. Mężczyzna również poradził sobie z tymi pytaniami. Jedne były dla niego łatwiejsze, inne sprawiały nieco trudności, bo należało powrócić myślami do dzieciństwa i niekiedy niezbyt miłych wspomnień. Ponadto odpowiadał naprawdę ciekawie. 

Sięgając po tę pozycję nie spodziewałam się, że dowiem się aż tyle o Barcisiu. Był dla mnie znanym aktorem, aczkolwiek nie sądziłam, że na swoim koncie ma tyle sukcesów, tyle odegranych ról. Pozycja ta sprawiła, że nabrałam ochoty na zobaczenie aktora z różnych perspektyw, filmów czy przedstawień teatralnych. Dodatkowo zdjęcia, które przewijały się na kartach wywiadu dopełniły całości i były dobrym urozmaiceniem. Można było zobaczyć aktora w pełnej krasie, w chwilach lepszych czy gorszych. Stworzenie takiej publikacji było strzałem w dziesiątkę. Miło spędzą z nią czas wszyscy fani Artura, a także ci, którzy z teatrem, filmami czy z życiem zawodowym aktora nie są na bieżąco. 

Muszę przyznać, że zostałam miło zaskoczona i żałuję, że nie istnieje więcej tak dobrze przygotowanych wywiadów. Polecam!



Rozmowy bez retuszu [Artur Barciś, Marzanna Graff]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Niewidzialny most" Julie Orringer


"Niewidzialny most" to książka należąca do Szmaragdowej Serii, poruszającej dzieje rodzin, którym przyszło żyć w ciężkich czasach. Będzie o miłości, o sile przyjaźni, a także o dramatach, z jakimi przyszło się im zmierzyć. Mieszanka wybuchowa?

Czy kiedykolwiek dziękowaliście losu, Bogu, komukolwiek za to, że żyjecie w czasach spokojnych, gdzie nie musicie walczyć o niepodległość własnego kraju? W czasach, gdzie wojna jest dalej niż bliżej, gdzie macie prawo wyboru, prawo głosu, prawo do życia. Teoretycznie. W zasadzie to wciąż są wojny, konflikty, morderstwa, ale nadal nie na taką skalę jak to miało miejsce w historii. Współcześnie nie jesteście zmuszeni do ciężkiej pracy - macie wolną wolę, nie jesteście zmuszeni do życia w obozach koncentracyjnych - chyba, że sami je sobie urządzicie. Można powiedzieć, że czasy są lepsze. Ale ile osób pomyślało, jak to kiedyś było? Jak trudno, jak ciężko, jak niesprawiedliwie. Ile krwi przelały osoby niewinne? Jak wiele było morderstw z premedytacją, zimną krwią? I w imię czego? Własnej żądzy władzy?

Andras Levi wyrusza w podróż do Paryża. I choć ciężko mu to uczynić, tak trudno rozstać się z rodziną i bliskimi, wyrusza, bo ma cel do zrealizowania. Otrzymał stypendium i wyrusza, aby studiować w Paryżu, bo bycie Żydem uniemożliwia mu pobieranie nauk we własnym kraju. Opuszcza Budapeszt w celu spełnienia marzeń, ambicji i co ważne, przekazania potajemnie listu tajemniczej adresatce, która okazuje się być zwykłą nauczycielką baletu. Andras nie przewidział, że podróż, w którą się wybrał będzie dla niego próbą. Choć dzieli go z Klarą prawie wszystko, łączy jedno - żarliwe uczucie. Jednak nie wszystko jest tak piękne, jakby się mogło wydawać. Klara skrywa pewną tajemnicę, która zaważy o ich przyszłości. Para wraca na Węgry, tuż przed wybuchem wojny. Mężczyzna trafia do obozu, gdzie walczy o każdy dzień. Jednak wspomnienie Paryża jest jak sen, jak marzenie, a miłość do nauczycielki baletu okazuje być motorem napędowym w jego życiu. Postanawia nie poddawać się za wszelką cenę i walczyć. O miłość, o życie, o wolność...

Książkę czytałam z zapartym tchem. Julie Orringer napisała historię tak realistycznie, pięknie, że aż brak mi słów. Od pierwszych stron opowieść ta pochłonęła mnie i nie mogłam wyrwać się z jej rąk aż do czasu, jak poznałam zakończenie. Autorka przedstawiła bohaterów z krwi i kości, a na dodatek obsadziła ich w trudnych czasach, gdzie nic nie jest łatwe, a tym bardziej pewne. Nie było wiadomo, czy człowiek dożyje do końca dnia i czy zastanie wschód słońca oznaczający nastanie następnego poranka. Tyle emocji, tyle łez i bezradności! Dawno nie czytałam tak poruszającej książki, nie trzymałam tak mocno kciuków za losy bohaterów. Nie spodziewałam się, że w "Niewidzialnym moście" autorce uda się pokazać tak realistycznie ten ból i krzyk. Powieść przygniata, robi z człowieka to, co chce. Gdy już się wkroczy z butami w świat Andrasa i Klary, nie można wyjść z niego bez szwanku. W duszy coś zostaje, taki wyraźny ślad. Czytelnicy, którzy posiadają w sobie ogromne pokłady empatii będą mieli przed sobą trudną drogę czytelniczą.

Przebieg wojny znamy z niejednego podręcznika, wielu relacji osób żyjących lub ich bliskich. Temat nie jest nam obcy, bo dotyka nas wszystkich. Jednych bezpośrednio, innych pośrednio. Jednak każdy w choć małym stopniu wie i potrafi sobie wyobrazić, co się wówczas działo. To teraz wyobraźcie sobie, jak żydowski chłopak trafia w ręce okupantów i zostaje zmuszony do życia w obozie. Jednych to wzruszy, innych nie. A gdyby to był ktoś z Waszych bliskich? Sprawa się komplikuje, prawda? Choć nie znałam Andrasa to bardzo mu współczułam. Jemu, jego rodzinie, ludziom z jego otoczenia, po prostu wszystkim, których dotknęła wojna, a którzy nie są temu winni. Poza tym uczucie, które połączyło jego i Klarę także nie było łatwe w tamtych czasach. Zbyt dużo przeciwności losu.

"Niewidzialny most" nie jest lekturą łatwą. Choć napisana rzetelnie, interesująco, z dobrymi portretami psychologicznymi i uwzględnieniem prawdziwych emocji, nie każdemu się spodoba i niejeden czytelnik zrezygnuje z jej przeczytania. Ja tak naprawdę nie wiedziałam, o czym ona jest. Poszłam na żywioł i przepadłam. Może nie będzie to książka bardzo znana, ale wiem, że warto po nią sięgnąć. Język jest na wysokim poziomie, aczkolwiek nie przytłacza nagromadzeniem metafor. 

Wszystko wskazuje na to, że powinieneś po nią sięgnąć, Czytelniku. Inaczej przejdzie Ci koło nosa wartościowa książka!


Niewidzialny most [Julie Orringer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

Zaksiążkowane Słowa Czytane

Do zabawy wprawdzie nikt mnie nie zaprosił, ale to żadna przeszkoda? Stwierdziłam, że może choć troszkę mnie w ten sposób poznacie, a i jakieś urozmaicenie bloga będzie. No to zaczynamy!


Zasady dobierz książkę do każdej litery nazwy twojego bloga. Jaką? Taką, która zapadła ci w pamięć, ulubioną, znienawidzoną, co tylko przyjdzie ci do głowy.






Slowa Czytane
S - "Stowarzyszenie Wędrujących Dżinsów" to czterotomowa opowieść o przyjaciółkach. Zaczytywałam się w niej w podstawówce i wyjątkowo mi się podobała. Może i na tamten okres czasu byłam za młoda na taką fabułę, ale nie obchodziło mnie to. To dzięki nim przekonałam się do czytania kilkutomowych historii.
L - "Lśnienie" Stephena Kinga, pierwsza książka tego autora, którą przeczytałam i która bardzo mi się spodobała. Nabrałam ochoty na więcej utworów mistrza grozy. 
O - "Odwet" Jilliane Hoffman to pierwszy kryminał, który przeczytałam od deski do deski. Przygarnęłam z biblioteki bez namysłu. Wzięłam z półki, zapisałam się i wyszłam. Pochłonęłam migiem! I niedawno wzięłam się za kontynuację.
W - "Wrześniowe dziewczynki" Maureen Lee to historia dwóch rodzin przeplatana wybuchami wojny. Bardzo wciągająca, życiowa i w pewien sposób poruszająca historia. Pomogła mi przetrwać zapalenie płuc ;)
A - "Apsara" to specyficzna książka przedstawiona z męskiej perspektywy, napisana przez mężczyznę i o nich. Spora cegiełka, ale bardzo szybko mi się ją czytało. Jedna z moich ulubionych, choć nie potrafię wyjaśnić dlaczego.


C - "Cichy wielbiciel" Olgi Rudnickiej, poruszająca historia dziewczyny nękanej przez stalkera. Wstrząsa i szokuje w swojej prawdziwości. Autorce udało się doskonale przedstawić zjawisko jakim jest stalking. Książka ma dla mnie znaczenie sentymentalne, choć to po części złe słowo.
Z - "Zemsta" Aleksandra Fredro. Pierwszy poważniejszy utwór w podstawówce, który w pełni mnie zaczarował. Podobało mi się w nim wszystko. Bohaterowie, historia, prowadzone rozmowy. Chętnie bym do niej wróciła. 
Y - yyyy... Chyba nie znam!
T - "Ten obcy", również powieść z czasów podstawówki. Autorka pięknie napisała o sile przyjaźni. Warto ją przeczytać, bo prawdy w niej zawarte są nadal aktualne. Swego czasu polecałam ją komu tylko się dało!
A - "Alchemik" Paula Coelho, powieść kontrowersyjna jak sam autor. Osobiście historia intrygująca, ale przedstawienie fatalne. Autor za bardzo narzuca swoje prawdy filozoficzne i poglądy na daną sytuację. A tego nie lubię.
N - "Nadzieja" Katarzyny Michalak. Choć autorka pisze niekiedy naiwnie, zbyt bajkowo i nie zawsze jest merytorycznie przygotowana do napisania książki to "Nadzieję" uważam za jej sukces. Bo tematyka trudno, wiele zostało już napisane, ale w takiej postaci i z takim zaangażowaniem i zwrotami akcji jeszcze nie. Pochłonęłam w jeden dzień. Coś... pięknego,
E - eeee... No właśnie.

To na tyle. Wymieniłam przeważnie książki, które w pewien sposób mnie ukształtowały lub po prostu mi się spodobały. Tylko jedna trafiła się... inna. Miałam sporo problemu z niektórymi literkami, bo książek wiele, znaczeń również, a literka jedna. Natomiast inne bez mrugnięcia okiem wpisałam. Ale tak to już chyba jest. Można rzec, że książki towarzyszą mi od najmłodszych lat i już od tamtego okresu miały na mnie spory wpływ. Czy słusznie? Nie mnie to oceniać. ;)
A do zabawy zapraszam wszystkich chętnych!
Czytaj dalej »

"Ogień" Mats Strandberg, Sara Bergmark Elfgren


"Ogień" to drugi tom serii młodzieżowej, która zbiera bardzo dużo pozytywnych opinii. I co tu się dziwić, w końcu historia jest niebanalna i dobrze poprowadzona akcja sprawia, że czytelnik zagłębia się w lekturze coraz bardziej. Przynajmniej tak było w tomie pierwszym, a jak na jej tle wypadła kontynuacja?

W tej części spotykamy się kolejny raz z mieszkańcami Engelfors, tylko tym razem z pięcioma Wybrańcami. Anna-Karin, Ida, Linnea, Minoo i Vanessa to dziewczyny, które na pozór nic nie łączy. Każda z nich prowadzi własne życie towarzyskie, codziennie borykają się z własnym bagażem doświadczeń. Ale los połączył ich czymś szczególnym. Teraz muszą wspólnie zmagać się z siłami nadprzyrodzonymi. Problemy, którym zaradziły wcześniej powracają i to w zupełnie innej postaci. Miasteczko znów jest opętane przez demony, a zło przychodzi z najmniej oczekiwanej strony. Czy Wybrańcy poradzą sobie i z tymi przeciwnościami? Czy uda im się przywrócić względny porządek? I najważniejsze pytanie - komu można ufać, a kto okaże się zdrajcą? Odpowiedź wcale nie jest taka prosta, jak się mogłoby wydawać.

Nie mogłam się doczekać kolejnego spotkania z mieszkańcami Engelfors. Mats Strandberg i Sara Bergmark Elfgren kolejny raz stworzyli coś niesamowitego. Z na pozór zwyczajnej historii stworzyli ciekawą i wciągającą powieść. Bohaterowie są jak najbardziej realni, tacy z krwi i kości, z zaletami, a także wadami, jak to w życiu rzeczywistym bywa. Nie są to postacie przerysowane, wręcz przeciwnie. Czytelnik ma szansę obdarzyć życzliwością któregoś z bohaterów i to niekoniecznie tych głównych. Drugoplanowi są równie interesujący, posiadają swoje specyficzne cechy. Uważam, że jeżeli chodzi o bohaterów to autorom się udało stworzyć plejadę różnorodnych charakterów i portretów psychologicznych. 

Sama historia opisana przez szwedzki duet przedstawia się ciekawie. Wciąga od pierwszych stron, dużo się dzieje. Jest sporo zwrotów akcji, które powodują szybsze bicie serca. Dobrze skonstruowana fabuła, różnorodność wątków, spójne ich połączenie, zręczne przemieszczanie się między nimi i plastyczne, barwne opisy to charakterystyczne cechy "Ognia". Nie sądziłam, że kontynuacja może być napisana na podobnym poziomie niż tom pierwszy. Pokuszę się o stwierdzenie, że drugi tom jest zdecydowanie lepszy! Ciekawszy, obszerniejszy, ale nie przegadany. Wiele sytuacji ma tu miejsce, co sprawia, że czytelnik nie nudzi się przy takiej "cegiełce". W tej części nie widać rozbieżności między stylem autorów, co miało miejsce w "Kręgu". Widać, że powieść została napisana starannie. 

Całość wywarła na mnie ogromne wrażenie. Nie chcę zdradzać żadnego szczegółu, bo w blogosferze jest sporo osób, które nie miały do czynienia z tą serią. Ale mogę zagwarantować, że choć "Ogień" posiada naprawdę sporo stron to historia opowiedziana na jej kartach jest wciągająca, nietuzinkowa, niebanalna. Jest to naprawdę dobrze napisana powieść młodzieżowa. I odnajdzie się w niej nie tylko osoba młoda, ale także starsza, która posiada choć troszkę otwarty umysł i wyobraźnię. Osobiście polecam i nie mogę doczekać się tomu trzeciego!


Ogień [Sara B. Elfgren, Mats Strandberg]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Honor" Elif Shafak


Elif Shafak to dla mnie gwarancja dobrej literatury, orientalnych klimatów, doskonale dobranych słów. Jest to także gwarancja udanego wieczoru z książką. Tak też było i w przypadku "Honoru", najnowszej powieści Elif Shafak wydanej u nas w Polsce przez Wydawnictwo Literackie. Kolejny raz muszę pochwalić oprawę książki. Twarda, rewelacyjna okładka (choć początkowo uważałam, że wcześniejsza wersja była ciekawsza i bardziej pasowała do pozostałych utworów autorki to zmieniłam zdanie, gdy tylko do mnie dotarła; ta dziewczyna na okładce ma w sobie coś, co mnie przyciąga; może to jej tajemnicze spojrzenie wołało mnie do spędzenia kilku godzin z tą historią?) i oczywiście dobrej jakości papier oraz czcionka, która nie męczy oczu. Pod względem wydania nie można się do książki przyczepić. Ale jak się ma sprawa z treścią? A no już piszę...

Czym dla Ciebie jest honor? Czy potrafiłbyś walczyć o jego istnienie, zabić w jego imieniu? To teraz pomyśl, że w innych krajach tak robią. Honor jest dla niektórych sprawą pierwszorzędną, najważniejszą i potrafią posunąć się nawet do zbrodni na najbliższych tylko dlatego, że ktoś dopuścił się zniewagi, splamił ród nie mając jej za najważniejszą wartość. Szokujące? Być może, ale nie dla nich. Elif Shafak przenosi czytelnika do kraju, w którym to wszystko jest na porządku dziennym. Dzięki niej mamy okazję poznać historię Topraków, niestety tragiczną. Esma poprzez swoje wspomnienia pokazuje ciąg wydarzeń, które miały miejsce nawet trzy pokolenia wstecz i mają swoje następstwa aż po dzisiejszy dzień. Autorka skupia się także na roli matki i relacji matka-syn, gdzie często pomijana jest córka, a także na roli kobiety w wychowaniu potomstwa. 

Autorka zręcznie przedstawiła nam ciąg przyczynowo-skutkowy. Łatwo jest pisać o teraźniejszości i przeszłości, ale trudniej jest zrobić to tak, aby utworzyła się całość. Elif Shafak się to udało i na dodatek zrobiła to bardzo spójnie. Plastyczne opisy sprawiły, że poczułam się, jakbym uczestniczyła w życiu rodziny Topraków. I choć brakuje tutaj orientalnych opisów, bo akcja dzieje się w Londynie to mimo wszystko poprzez styl i język, jakim posługuje się pisarka można wyraźnie wyczuć tę nutę orientu. Bohaterowie są przedstawieni realistycznie, bez zbędnych udziwnień. Nie doświadczymy tu oceny autorki, nie ujawnia swojej oceny bohaterów i ich postępowania. Za sam brak subiektywizmu w swoich powieściach autorka powinna otrzymać wiele nagród. Czytelnik ma okazję sam ocenić, którego bohatera darzy sympatią, z czyimi poglądami się zgadza, a kto wywoła w nim szereg negatywnych emocji. Tematyka powieści nie jest łatwa i to widać już po przeczytaniu noty z okładki. Ale uważam, że turecka pisarka spisała się rewelacyjnie i dobrze przedstawiła całą historię. Poprzez mieszanie się płaszczyzn czasowych czytelnik ma cały ogląd na to, co miało miejsce w tej rodzinie. To nie tylko strzępki wspomnień, przypadkowy zlepek kilku nakładających się na siebie obrazów. To coś o wiele więcej! Kolejny raz chwalę kunszt literacki i dobór tematyki autorki. Nic dziwnego, w końcu nie często mamy okazję przeczytać coś dopracowanego w każdym calu.

"Honor" Elif Shafak to powieść traktująca o rodzinie, ich historii, fatum nad nią ciążącym, a także o tym, jak trudno odnaleźć się na obcej ziemi. Jest to również opowieść o tym, jak ogromną moc ma miłość oraz jak wiele jej wcieleń spotykamy w codziennym życiu. Polecam, na pewno nie zawiedziecie się na tej książce!


Honor [Elif Shafak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Persymona" Katarzyna Maicher


Ile można znieść, żyjąc w ciągłym strachu? Ile spraw człowiek jest w stanie przemilczeć, aby w spokoju żyć? Jak dużo wydarzeń musi mieć miejsce, aby człowiek stracił zaufanie i poczucie bezpieczeństwa we własnym domu? Bohaterce przyszło żyć w domu, gdzie więcej się milczy niż ze sobą rozmawia. Matka artystka, popada w zobojętnienie i zamyka się we własnym świecie. Ojciec, którego wciąż w domu nie ma, a gdy się pojawia, domownicy zaczynają drżeć. Wprowadza swoje zasady milczeniem, wyraźnie pokazuje, jak wielką ma władze. Niby nie ma tu przemocy fizycznej i psychicznej, a przynajmniej trudną ją dostrzec to wyraźnie widać, że ta rodzina nie jest zgodna. Zbyt dużo strachu i bólu zagnieździło się w kątach, zbyt dużo żalu w sercu. Bohaterka stara się rozliczyć z przeszłością wracając do wspomnień, własnych przemyśleń i zapisków, a także do pamiętnika matki pisanego czerwoną kredką. Rozwiązaniem do zagadki mogą być obrazy, które tak wiele czasu i sił zabierają matce, mogą to być także owoce persymony. Co takiego wydarzyło się w przeszłości, że wspomnienia są zbyt bolesne? Dlaczego tak trudno odkryć coś, co powinno być oczywistością?

Katarzyna Maicher napisała prozę bardzo dojrzałą, pełną emocji, smutku. Czytelnik nie znajdzie tutaj radosnych chwil. Autorka skupiła się na emocjach, jakie towarzyszą rodzinie, na wspomnieniach, które wywołują ból i na niewiadomych, które przez lata trudno odkryć, rozwiązać. Znamy rezultat, nie znamy przyczyny i tego właśnie próbuje się dowiedzieć bohaterka. Katarzyna Maicher stworzyła dobrą powieść psychologiczną, skupiła się na portretach, które naprawdę dobrze ukazała. Pod względem stylistycznym i językowym wszystko tutaj jest dopięte na ostatni guzik. Wraz z bohaterką wędrujemy po ścieżkach niepamięci próbując odgadnąć, co też się w tej rodzinie stało przed laty, że brak tu rozmów, brak śmiechu, beztroski. Co się stało, że każde wypowiadane słowo ciąży na sercu i wywołuje dreszcze i strach.

"Persymona" to bardzo dobry debiut. Nie dość, że napisany dobrze stylistycznie, porusza trudny temat to jeszcze napisany na wysokim poziomie. Takie książki czyta się z ochotą. Muszę przyznać, że sięgając po książkę niczego się nie spodziewałam. Nie wiedziałam dokładnie o czym jest, jaki temat autorka w niej poruszyła. Wiedziałam tylko, że jest to debiut, nic więcej. Z racji tego, że nie wiedziałam o niej nic, przeżyłam lekki szok, gdy okazało się, z jak trudną tematyką mam do czynienia. Wiele razy serce mi na chwilkę stanęło z żalu, były momenty, kiedy miałam ochotę uderzyć ręką w stół, bo nie godziłam się na to, co działo się w tym domu. Jeszcze nigdy żadna książka nie poruszyła mnie tak bardzo. "Persymona" zostawiła po sobie moralnego kaca, który trwa do dzisiejszego dnia. Powyższa powieść uświadomiła mi, jak wiele krzywd dzieje się, a my o tym nie wiemy. Coś zakorzenia się w człowieku i trwa tak długo, że po latach są problemy, aby zdecydowanie wskazać, gdzie są jego początki. Uważam, że debiut Katarzyny Maicher musi przeczytać każdy, kto posiada w sobie choć trochę empatii dla drugiego człowieka.


Persymona [Katarzyna Maicher]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Mrówki w płonącym ognisku" Teresa Oleś-Owczarkowa


Wiele się słyszy o przeprowadzkach na wieś. Ludzie coraz częściej emigrują z miast w poszukiwaniu ciszy, spokoju, bezpieczeństwa. Spora ich część wyjeżdża, aby zjednoczyć się z naturą. Osobiście urodziłam się w mieście i jeżeli się przeprowadzałam to nigdy nie na wieś. Nie, żebym nie lubiła takich miejsc. Wręcz przeciwnie, lubię tamtejszą ciszę, spokój, wiejskie życie. Ale za bardzo wsiąknęłam w mieszczański tryb życia. Nie oznacza to jednak, że nie tęsknię do czasów, kiedy ludzie bardziej skupiali się na życiu i byciu ze sobą, niż na tym, aby jak najwięcej mieć. Kiedyś czasy były inne, ludzie cenili to, co mieli, przynajmniej tak mi się wydaje. Teraz mamy wszystko - prąd, ciepłą wodę w kranie, telewizory i to na dodatek kolorowe!, komputery, telefony... Dawniej tego wszystkiego brakowało, a i tak ludzie dobrze funkcjonowali, sporo lat przeżyli, rodziny mieli. Jednak nie tylko czasy się zmieniają, nie tylko technologia idzie do przodu, ale także zmienia się obraz wsi.

Teresa Oleś-Owczarkowa w swojej książce podjęła się próby ukazania zmian zachodzących na wsi. Dokonała tego za pomocą magii wspomnień, które są dowodem na to, jak było dawniej a jak jest dziś. Autorka krąży po mapie wspomnień, odwiedza miejsca w Blanowicach, gdzie przyszło jej spędzać znaczą część czasu. Dziś tej wsi już nie ma, zniknęła tak, jak zniknął tamtejszy klimat, a na jej miejsce pojawiło się miasto. Czytając "Mrówki w płonącym ognisku" jesteśmy świadkami zmierzenia się Teresy z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Powracając do przeszłości autorka ubolewa nad zmianami, jakie zaszły, ale też wyraża nadzieję, na "lepsze jutro". Czytelnik jest również świadkiem tego, w jaki sposób przyszło żyć autorce. Tego, że nie zawsze było łatwo, nie zawsze było co do garnka włożyć. Czasy bywały różne, raz się w miarę dobrze powodziło, innym razem klepało się biedę. Jednak ludzie byli dla siebie uprzejmi, znali swoje silne i słabe strony. Teraz tego nie ma, rzadkością jest, aby sąsiedzi znali choćby imię i nazwisko osoby mieszkającej dwa piętra wyżej. Najnowsza książka Oleś-Owczarkowej jest konfrontacją przeszłości i teraźniejszości. Dzięki językowi, który jest stylizowany na tamtejszą gwarę, można bardziej wczuć się w całą historię i uwierzyć w to, że to wszystko miało miejsce. Brak tutaj jakiejkolwiek chronologii, wydaje się, że jest to zlepek przypadkowych fragmentów z pamiętnika. Mimo to, wyraźnie czuć, jak dużym sentymentem pisarka darzy czasy, kiedy żyła na wsi. Czasy, kiedy każdy kolejny dzień był jedną wielką niewiadomą, ale ludzie byli szczęśliwi. Dobrym urozmaiceniem całej historii było dodanie tekstu pieśni, przyśpiewek czy opisy zabaw. 

"Mrówki w płonącym ognisku" to przyjemne zdarzenie z historią wsi i jej mieszkańców. To dobrze ukazany kontrast między przeszłością a teraźniejszością. Powyższa książka jest także ciekawym przeżyciem duchowym, powrotem do dzieciństwa, przybliżeniem wiejskiego życia. Cieszę się, że miałam okazję ją przeczytać. Obudziła we mnie uśpione wspomnienia, przypomniała mi moje dzieciństwo, marzenia, czasy, w których przyszło mi żyć, a także uświadomiła mi, jak szybko ten świat się zmienia i jak łatwo po drodze coś ważnego zgubić. 



Mrówki w płonącym ognisku [Teresa Oleś-Owczarkowa]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Chuliganka" Izabela Jung


"Chuliganka" to debiut literacki Izabeli Jung, który zbiera przeróżne opinie w blogosferze. Zaczynając od bezgranicznych zachwytów nad stylem i fabułą, kończąc na negatywnych opiniach niepozostawiających suchej nitki na książce. Czy historia ukazana przez autorkę jest aż tak kontrowersyjna, wywołuje tak sprzeczne emocje, że trudno tak naprawdę określić, których opinii jest więcej i czy samemu popiera się którąkolwiek z nich? 

Izabela Jung przedstawiła historię Ewy, która od kilku lat jest w związku małżeńskim. Wydaje się, że dziewczyna ma wszystko - męża, który wraca po pracy do domu, kochane dzieci, mieszkanie, które postanowili remontować, a co za tym idzie - pieniądze. Jednak na tym idealnym obrazku zaczynamy dostrzegać ubytki. Najpierw są to ryski, które z czasem tworzą wyraźne pęknięcia. W jednym z takich momentów pojawia się Czeczen wraz z towarzyszami. Mają się zająć pracami remontowymi. Ewa dostrzega urok, który młody chłopak stara się ukryć. Zaczyna o niego zabiegać, być w centrum zainteresowania, aż dochodzi do spotkania. Nie jednego, nie dwóch, nie dziesięciu. Bohaterka uwikłała się w romans, z którego nie zamierza wychodzić. Ale również i on nie jest idealny, niekiedy pojawiają się przeszkody, które trudno przeskoczyć. Jednak upór i zachwyt młodym Czeczenem potrafią zdziałać cuda. Tylko czy Zeliem czuje się dobrze w takim układzie? Wciąż marzy o powrocie do ojczyzny, gdy tylko nadarzy się taka okazja. Czy Ewa zdobędzie się na taki krok? A może przeraża ją wizja opuszczenia domu, męża i dzieci? 

Odpowiedź na te pytania wcale nie jest taka łatwa, nawet po przeczytaniu ostatniego zdania. Autorka stworzyła mało sympatyczną bohaterkę. Jest ona bowiem niedojrzała, zbyt impulsywna, pozbawiona jakiegokolwiek logicznego myślenia. Na domiar złego tak naprawdę sama do końca nie wie, czego oczekuje po swoim związku. Niby chce, jednak się waha, niby podjęła decyzję ostateczną, by później w najmniej spodziewanym momencie ją zmienić. Zeliem nie jest też bohaterem idealnym, całe szczęście. Niekiedy denerwowało mnie jego zachowanie, chociaż bywało usprawiedliwione. Przecież nie każdy ma ochotę wejść w zakazany związek. Nie każdy godzi się na to, aby złamać zasady, którymi do tej pory się kierowało. Podobało mi się natomiast to, z jaką szczerością potrafił mówić o swoich uczuciach, planach, marzeniach, tęsknocie. Każdy przechodzi trudne chwile, ponoszą go emocje, nerwy - również tego nie brakowało u tego bohatera. Na swój sposób był bardziej dojrzały niż Ewa, która potrafiła wściekać się o każdą błahostkę, bo coś poszło nie po jej myśli, albo ukochany powiedział nie takie słowo, jakie przeważnie oczekuje się w danej chwili. 

Trudno mi podsumować tę książkę. Nie chciałabym oceniać bohaterki, bo nie wiem jak sama bym zrobiła w jej sytuacji, gdyby do głosu doszła fascynacja czy uczucie. Choć teraz mogłabym być przeciwna takim związkom, zdradom, nie gwarantuję, czy nie zmieniłabym poglądów. Z jednej strony rozumiem zachowanie Ewy - czuła się zaniedbana, czegoś brakowało jej w życiu i nie chodzi tu o pieniądze, dom (w rozumieniu budynek), bycie w małżeństwie. Potrzeba emocji, uczuć, zainteresowania i stałej obecności jest silniejsza. Nie została zachowana równowaga, więc łatwo było stracić poczucie przynależności. Jednak kilka kwestii jest dla mnie niezrozumiałych i tak chyba pozostanie. 

Trudno jest mi się wypowiedzieć na temat języka, jakim posługuje się Izabela Jung, ponieważ w książce pogubiły się literki i znaki interpunkcyjne, jakiś chochlik pozmieniał szyk zdania. Nie jestem aż tak naiwna, aby wierzyć, że był to cel zamierzony. Jestem skłonna stwierdzić, że zawiniła tu osoba odpowiedzialna za korektę. Gdybym ja otrzymała tekst pełen takich braków, nie wiem, czy bym podołała. Niekiedy trudno było o wychwycenie sensu zdania, nie wspominając już o zachowaniu jakichkolwiek zasad. W takim przypadku niewiele mogę wspomnieć o poziomie wypowiedzi, posługiwaniu się językiem polskim. A szkoda, bo takie niedopatrzenie działa na niekorzyść autorki. Sama historia poprzez taką formę podania okazała się mniej interesująca. Częściej się irytowałam, że brakuje przecinków w oczywistych miejscach i kropek na końcu zdania. Przez to nie mogłam wdrążyć się na dobre w historię. A momentami była naprawdę ciekawa, aż chciało się czytać. Izabela wprowadziła nutkę napięcia i chwała jej za to! Dzięki temu powieść nie okazała się być taka jakich wiele na naszym rynku. Jednak czymś się wyróżnia, jednak nie potrafię jednoznacznie stwierdzić czym.

Moja ocena nie jest ani pozytywna ani negatywna. Miałam dość wysokie oczekiwania, które z każdą stroną coraz bardziej malały. Rozczarowałam się i nie będę tego ukrywać. Powieść miała potencjał, jednak został on zgnieciony już w zarodku. A szkoda, naprawdę wielka szkoda. Gdyby to ode mnie zależało, "Chuliganka" trafiłaby ponownie do autorki, aby naprawiła niektóre zdania z zachowaniem sensu i logiki, a także do redakcji, aby popracowali nad interpunkcją. Wówczas historia Ewy zyskałaby na tym wiele. Czy polecam? Jeżeli brać pod uwagę samą historię, oczywiście, że tak. Na swój sposób jest ciekawa, otwiera oczy, niekiedy szokuje. Gdybym miała brać pod uwagę formę podania, odradzałabym ją Wam. Stwierdzam, że po przeczytaniu tego debiutu nic nie zyskałam, ani nic nie straciłam. A to, czy po niego sięgnięcie zależy tylko i wyłącznie od Was.


Chuliganka [Izabela Jung]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"I nie było już nikogo" Agatha Christie


Akcja dzieje się na Wyspie Żołnierzyków. W tajemniczym miejscu, trudno dostępnym przy złej pogodzie, zjawia się dziesiątka osób zupełnie do siebie niepodobnych. Rzecz jasna na pierwszy rzut oka. Każdy inny, w zupełnie innej sprawie tam sprowadzony. Podczas kolacji zostaje puszczone nagranie z oskarżeniami, albowiem każda z zaproszonych do tego domu osób została posądzona o morderstwo - świadome lub nie. Po chwili ginie pierwsza podejrzana śmiercią tak niespodziewaną, że wydaje się być niemożliwa. Następnego ranka umiera kolejna. Zaczynają się wzajemne podejrzenia, poszukiwania sprawcy. Zostaje także nierozwiązana zagadka, kim i gdzie jest gospodarz tego domu? A co najdziwniejsze, goście giną w ściśle określony sposób - według znanego wszystkim wierszyka, który powieszony został we wszystkich pokojach. Kto stoi za sprowadzeniem ludzi w to miejsce i kto jest mordercą?

Raz dziesięciu żołnierzyków
Pyszny obiad zajadało,
Nagle jeden się zakrztusił - 
I dziewięciu pozostało.

Tych dziewięciu żołnierzyków
Tak wieczorem balowało,
Że aż rano jeden zaspał -
Ośmiu tylko pozostało.

Ośmiu dziarskich żołnierzyków
Po Devonie wędrowało,
Jeden zostać chciał na zawsze... 
No i właśnie tak się stało.

Siedmiu żołnierzyków zimą
Do kominka drwa rąbało,
Jeden zaciął się siekierą -
Sześciu tylko pozostało.

Sześciu wkrótce znęcił miodek;
Gdy go z ula podbierali,
Pszczoła ukuła jednego
I tylko w piątkę zostali.

Pięciu sprytnych żołnierzyków
W prawie robić chce karierę;
Jeden już przymierzył togę -
I zostało tylko czterech.

Czterech dzielnych żołnierzyków
Raz po morzu żeglowało;
Wtem wychynął śledź czerwony,
Zjadł jednego, trzech zostało.

Trójka miłych żołnierzyków 
Zoo sobie raz zwiedzała;
Gdy jednego ścisnął niedźwiedź -
Dwójka tylko pozostała.

Dwóch się w słonku wygrzewało
Pod błękitnym, czystym niebem,
Ale słońce tak przypiekło,
Że pozostał tylko jeden.

A ten jeden, ten ostatni,
Tak się przejął dolą srogą,
Że aż z żalu się powiesił,
I nie było już nikogo.

Byłam bardzo ciekawa powyższej książki królowej kryminałów. Spotkałam się do tej pory z wieloma pozytywnymi opiniami. Poza tym miałam przyjemność przeczytać już "Czarną kawę" Agathy i byłam oczarowana, jak na tak niewielu stronach można napisać rewelacyjną zagadkę kryminalną i dodatkowo wprowadzić czytelnika w pole, jeśli chodzi o odkrycie winowajcy. To samo miało miejsce i przy tej lekturze. Początkowo książka nie była ciekawa - zbyt długie i szczegółowe opisy każdego z bohaterów (a było ich aż dziesięciu!) znudziło mnie doszczętnie. Akcja nabiera tempa, gdy wszyscy goście pojawiają się na wyspie i zaczyna się wyścig z czasem. Muszę przyznać, że historia sama w sobie była intrygująca, a wykorzystanie takiego wierszyka jako pewien plan działania - rewelacyjne! Dodatkowo morderca trzymał się co do joty treści tej wyliczanki. Bohaterowie okazali się być różni. Jedni ciekawi, inni mniej, jedni bardziej podejrzani, pozostali wcale. Autorka tak manipuluje czytelnikiem i całą akcją, że trudno o rozwiązanie zagadki. Gdy już myślałam, że wiem, kto tak naprawdę dokonuje tych wszystkich morderstw, okazało się, że się myliłam. Aczkolwiek nie tak bardzo, bo podejrzewana przeze mnie osoba była po części w to wszystko zamieszana. Zakończenie zaskoczyło mnie ogromnie, bo nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Nawet mi przez głowę nie przeszło, by taki mógłby być przebieg wydarzeń.

Wcale się nie dziwię, gdy czytam peany na cześć twórczości autorki. Choć ma na swoim koncie sporo kryminalnych zagadek to pisze je świetnie. Są to powieści na jeden wieczór, biorąc pod uwagę objętość każdej z nich, lekkość pióra, ciekawą historię, co wszystko powoduje, że czyta się w ekspresowym tempie i z dużym zainteresowaniem. Jestem pewna, że na mojej półce zagości kilka kolejnych jej książek. Zbliża się jesień, długie wieczory, czas idealny na takie książki. Z czystym sumieniem mogę polecić "I nie było już nikogo". Zaskoczy niejedną osobę!


I nie było już nikogo [Agata Christie]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia