"Chata" William Paul Young

Mackenzie to człowiek 56-letni, który ma żonę i piątkę dzieci. Pewnego dnia zabiera swoje pociechy na biwak, gdzie mają się świetnie bawić. Los chciał, iż dwójka z nich miała wypadek, który nie był fatalny w skutkach dzięki interwencji Macka. Ale czy na pewno? Gdy mężczyzna powrócił do obozowiska przeżył szok - nigdzie nie było jego najmłodszej córeczki Missy. Nie chcąc zbytnio panikować, mężczyzna zaczyna  szukać jej wraz z przyjaciółmi, których poznał na biwaku. Do poszukiwań zostaje włączona policja, straż, nadleśnictwo, a także agenci FBI. Poszukiwania doprowadzają ich do miejsc i dowód, które jasno sugerują,  że dziewczynka nie żyje. A za morderstwem stoi od lat ścigany tajemniczy zabójca, który zostawia na miejscu porwania charakterystyczną rzecz. Mackenzie ogarnia Wielki Smutek, nie potrafi pogodzić się z utratą ukochanej córeczki. Stara się jednak żyć jak dawniej, choć oddalił się od Boga. Pewnego dnia w skrzynce na listy dostrzega list bez znaczka i nadawcy. Otrzymuje zaproszenie do chaty, w której ostatni raz natknął się na ślad córeczki. Czy to jakiś żart? Czy to zaproszenie od zabójcy, a może od samego Boga? Mack nie mówi nic nikomu i postanawia sam udać się do tego miejsca. A tam czeka na niego wielka niespodzianka. Jaka? Tego dowiecie się sięgając po "Chatę"!

William Paul Young jest kanadyjskim pisarzem, który stał się bardzo popularny właśnie dzięki tej powieści. "Chata" została przetłumaczona na wiele języków, znalazła się na liście bestsellerów New York Timesa oraz sprzedała się w nakładzie 16 miliona egzemplarzy! Obecnie na jego koncie można znaleźć kolejną powieść zatytułowaną "Rozdroża". Autor obecnie mieszka w Happy Valley w stanie Oregano. 

Po książkę sięgnęłam za sprawą promocji, jaką zrobiło wydawnictwo Nowa Proza na temat kolejnej książki autora pt. "Rozdroża". Zachęcona powieścią postanowiłam poznać autora, łącznie z tak znaną "Chatą". Nie do końca wiedziałam, czego spodziewać się po lekturze, bowiem ani autor, ani jego styl czy tematyka nie było mi tak do końca znane. Wiedziałam, że porwanie, wiedziałam, że religia... Ale jak to wszystko wyszło jako całość? Nadzwyczaj dobrze! Rzadko kiedy sięgam po książki, w których jest ogromny ładunek... religijności. Tak, ta książka zawiera w sobie wiele praw o Bogu.

Jak zdążyłam się dowiedzieć, książka ta jest oparta na faktach, choć w fabułę mogło wkraść się nieco fantazji Mackenziego. Książka zapowiadała się zwyczajnie - wycieczka, porwanie, poszukiwanie, Wielki Smutek. Dopiero gdy bohater odnajduje list w skrzynce i postanawia udać się na spotkanie, wszystko zaczyna nabierać zupełnie inny obrót. Mack trafia do miejsca, w którym przeżył koszmar. Musi zmierzyć się z bólem, tęsknotą, wątpliwościami. Gdy udało mu się wykrzyczeć swój ból, postanawia wrócić do samochodu i udać się do żony i dzieci. Ale przeszkadza mu ciepły podmuch wiatru i... kwiaty na łące, letnia pogoda, choć przed chwilą był środek zimy! Urojenia? Początek choroby? Niekoniecznie. Bohater otrzymał dar, jakim było osobiste spotkanie z Bogiem. 

Jedno w tej książce zaskoczyło mnie tak bardzo, jak głównego bohatera. W wyobraźni Bóg zawsze ukazywał mi się jako biały mężczyzna o długich ciemnych włosach, niekiedy jako starszy pan z długą siwą brodą. Jednak nigdy nie przypuszczałabym, że Bóg może objawić się w postaci... Murzynki. Jezus natomiast w postaci Hebrajczyka, który stąpa po ziemi w ogrodniczkach, umorusany ziemią. A Duch Święty? To mała Azjatka, która kolekcjonuje łzy. Dziwne? I to jak bardzo! Dopiero później dowiaduję się, w jakich stereotypach żyłam. Wiedziałam, że Bóg jest wszędzie, że może pojawić się pod każdą postacią, ale nigdy dłużej się nad tym nie zastanawiałam. Czytając "Chatę" byłam świadkiem rozmowy człowieka zagubionego i wątpiącego w istnienie i dobro Boga z samym Bogiem. Muszę przyznać, że te rozmowy napisane prostym językiem, nie były od razu dla mnie zrozumiałe. Podczas lektury musiałam wiele razy przerywać czytanie aby zastanowić się nad przeczytanymi słowami. 

Powieść zawiera w sobie ogromny ładunek religijności, a także emocji. Bohater książki nie miał łatwego życia. Na jego miejscu niejedna osoba zwątpiłaby w istnienie i dobro Boga. Objawienie było po to, aby Mack mógł wrócić na drogę, z której zboczył. To właśnie tu odnalazł sens, zrozumiał wiele spraw, tak naprawdę uwierzył w Boga. Ale jak to się wszystko skończyło? Przecież nie od razu będzie idealnie. Otóż to, zakończenie na pewno jest zaskakujące i zawiera wiele słów, które powinien zapamiętać każdy z nas. A jakie to słowa? Przekonajcie się sami!

Książkę czyta się szybko, dopóki nie trafimy na rozmowę z Bogiem. Refleksje same nam się pojawiają, to jest silniejsze! Plus dla autora za styl, jakim napisał tę książkę. To dzięki prostocie, jaką się posłużył, łatwiej było przebrnąć przez książkę i wynieść z niej wiele nauk. Niekiedy wydawało mi się, że autor przesadził z tą wzniosłością, tą religijnością. Ale jak krócej napisać o Bogu? Nie da się, po prostu się nie da. I choć to spotkanie jest na większości kart tej powieści, czytelnik się nie męczy.

"Chata" Williama Paula Young'a wywarła na mnie ogromne wrażenie. Może nie jest to książka, którą powinien przeczytać każdy. Może dla niektórych będzie zbyt patetyczna, za trudna. Niewierzący, wątpiący, zbulwersowany czytelnik po tej lekturze od razu się nie nawróci, to pewne. Ale ta pozycja na pewno wiele rzeczy ułatwi. Jednak w pewnym stopniu otworzyła mi oczy. I choć jestem przekonana, że do niej nie wrócę - odcisnęła spory ślad na moim sercu. Na pewno długo o niej nie zapomnę, a prawdy, które przekazał mi w niej autor, będą towarzyszyły mi w dalszym życiu. Styl, jakim posługuje się autor także przypadł mi do gustu, więc z ogromną przyjemnością zabiorę się za czytanie kolejnej jego książki. A póki co, zostawiam Was z "Chatą", która jest naprawdę wartą uwagi pozycją.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania trójka e-pik.

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia