Powrót do dzieciństwa - Ted (#1)

Tak jak obiecałam w poprzednim poście, wprowadzam cykl opinii filmowych. Dzięki temu będę "odhaczała" sobie obejrzane ekranizacje, może kogoś z Was zachęcę do któregoś filmu (bądź zniechęcę, choć na tym najmniej mi zależy)? ;) Także czas na film pierwszy.


Głównym bohaterem jest trzydziestopięcioletni John Bennett (Mark Wahlberg), który w planach ma ustatkowanie się. Czy mu się uda? Pewnego zimowego dnia, wiele lat wcześniej, otrzymał misia, którego uraczył dziecięcą bezgraniczną miłością. Zażyczył sobie, aby jego miś ożył i był jego prawdziwym przyjacielem. Na szczęście (czy też nieszczęście), maskotka ożywa i od tamtej pory towarzyszy bohaterowi przez całe życie. Co z tego wyniknie? A no częściej problemy, aniżeli coś dobrego. Ted (głosu użyczył Seth MacFarlane) ma swoje życie, lecz zachowuje się podobnie jak jego opiekun-przyjaciel. A to jest powodem naprawdę wielu komplikacji...

Film zapowiadał się świetnie. Komedia w połączeniu z fantastyką? Czemu nie! Miś, który ożywa i kroczy przez życie obok swojego opiekuna wydawał mi się ciekawym pomysłem na fabułę. Gdy byłam małą dziewczynką zawsze sobie wyobrażałam, że moje zabawki ożywają wtedy, kiedy zamykam oczy bądź wychodzę z pokoju. Niestety nigdy nie udało mi się ich przyłapać ;). W każdym bądź razie, sięgając po film oczekiwałam wspaniałej rozrywki, czegoś, co pomoże mi się zrelaksować, odciągnie myśli od szkolnych zajęć. Usiadłam więc wygodnie w łóżku, kupiłam paczkę chipsów i... Mało się nimi nie udławiłam.

Film początkowo zapowiada się świetnie. Retrospekcja z dzieciństwa, kiedy to mały misiu był powodem wielkiego szoku każdego człowieka, na którego się natknął. Później główna fabuła, kiedy to Ted jest nieznośnym ćpunem, alkoholikiem, maskotką, która sprowadza biednego Johna na złą drogę. Uważam, że w rolę Lori Collins nikt inny nie wszedłby tak dobrze, jak to zrobiła Mila Kunis. Zagrała, jak na taki film, całkiem nieźle. Nawet Mark Wahlberg w roli głównego bohatera spisał się dobrze. Jednak co się stało, że prawie udławiłabym się chipsami? Powodem był nikt inny, jak Ted. Maskotki kojarzą mi się z dzieciństwem, spokojem, delikatnością. Rozumiem, że reżyser chciał przedstawić misia w zupełnie innym świetle, dodać mu charakteru, swobody, ale nie w takim stopniu! Zdecydowanie przesadził. I zamiast skupiać się na niekiedy zabawnych momentach, ja irytowałam się, gdy widziałam Teda. Gdyby mu tak odebrać kilka cech, stworzyć go nieco łagodniejszym, byłoby... dobrze. Naprawdę dobrze.

Sama fabuła okazała się być wręcz zwyczajna. Nie zauważyłam nic nowego, żadnych zabiegów, inwencji twórczej. W tym filmie zostały powielone już doskonale znane nam schematy - główny bohater nieco ciamajdowaty, który nie potrafi poradzić sobie bez "kogoś", kobieta, która ustawia swojego narzeczonego i maskotka, która ma duży wpływ na bohaterów. Choć nie widziałam wielu filmów, kiedy to zabawki ożywają to wiem, że istnieje naprawdę sporo filmów o podobnej fabule. Ten niestety nie wyróżnia się niczym szczególnym. Bawić jednak bawi, niekiedy nawet głupotą reżysera. Pojawia się wiele niedociągnięć, kiedy to w jednej sekundzie bohater trzyma w ręce butelkę wody, a po dwóch sekundach znika ona jak za działaniem czarodziejskiej różdżki.

W takim razie czy polecam? Niekoniecznie. Jak widać ten film mnie nie zachwycił, choć nie spodziewałam się filmu na miano Oskara. Jeżeli jednak macie ochotę na lekkie, głupkowate wręcz filmy to polecam. Zrelaksować się zrelaksujecie, pośmiać pośmiejecie pod warunkiem, że nie będziecie mieć dużych oczekiwań wobec tego filmu, bo wysokich lotów to on nie jest.

Ocena: 3/6


Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia