"Wrześniowe dziewczynki" Maureen Lee

Los potrafi płatać figle i to najczęściej wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewamy. Los nie zawsze jest łaskawy, nie zawsze na naszej drodze stawia dobrych ludzi, dobre sytuacje. Ale są też tacy, którzy pomimo wszystkiego wyciągają pomocną dłoń - niezależnie, co też przyniesie los.

Mamy Liverpool, lata dwudzieste XX wieku. Poznajemy dwie rodziny, na pozór w niczym do siebie niepodobne, nic ich nie łączy. Eleanor to bogata kobieta, która posiada wszystko, o czym może zapragnąć kobieta - męża, dziecko, dom, pieniądze, samochód. Może pozwolić sobie na wszystko, czego tylko zapragnie. Jej zupełnym przeciwieństwem jest Brenna, kobieta, której nie powodzi się tak dobrze. Dla poprawy bytu własnej rodziny przenosi się z mężem i dziećmi do Liverpoolu, gdzie mają rozpocząć nowe, lepsze życie. I choć nie zawsze los był dla niej łaskawy, ona jest naprawdę szczęśliwa. Ma zdrowe i kochane dzieci, męża, własny dom. 

Pewnej wrześniowej nocy, obie kobiety spotykają się w jednym domu i rodzą w tym samym czasie córeczki: Carę i Sybil. To one będą na stałe łączyły obie rodziny. One - wrześniowe dziewczynki. Patrząc na ich status, wszystko je dzieli. Ale nie ból, tęsknota, pragnienie miłości. Są to czynniki, które zawsze będą łączyły obie rodziny, niezależnie od tego, gdzie się znajdą.

Dziewiętnaście lat później wybucha wojna. Obie dziewczyny zaciągają się do wojska, aby pomóc ojczyźnie. Choć każda z nich zapisała się w inne miejsce, obie trafiają na Maltę, gdzie los pokrzyżuje ich życiowe plany. To właśnie wydarzenia wojenne najbardziej połączą obie rodziny. Ale czy zakończenie będzie pozytywne w obliczu panującej wojny? O tym musicie przekonać się sami.

To było moje pierwsze spotkanie z Maureen Lee. I gdyby nie Aleksandra, w życiu nie wpadłabym na pomysł, aby sięgnąć po tę książkę. Jej zachęcająca recenzja sprawiła, że Mikołaj dowiedział się o moim pragnieniu i sprawił mi tę cudowną lekturę. A ja, nie patrząc na nic, zatopiłam się w świecie obu rodzin. 

Maureen Lee napisała powieść pełną bólu, tęsknoty, potrzeby miłości, zainteresowania. Tutaj najważniejsza jest miłość - do rodziny, ojczyzny, drugiej kobiety... Tak, ta wielowątkowa powieść ma w sobie wszystko, czego oczekuję od literatury obyczajowej. Radości, smutki, wiele sprzecznych emocji, interesującą i wciągającą historię. Autorka podzieliła powieść na dwie części. Pierwsza opowiada losy dwóch rodzin przed wybuchem wojny, gdzie dziewczęta dorastały. Druga to już dojrzała historia dziewiętnastoletnich dziewczyn, które zaciągnęły się do wojska. Wydarzenia z tej części na zawsze połączą obie rodziny. Pierwsza część jest pełna niekiedy sielankowego życia, choć nie brakuje tam problemów i to poważnych. Rodziny dopiero w obliczu wojny zdają sobie sprawę, że oto nadszedł czas wielkich zmian. Maureen Lee w ciekawy, aczkolwiek prosty sposób ukazała życie ludzi na emigracji, sytuacje wojenne. Nie zawsze były to obrazy okrucieństwa, bólu, rozpaczy. Były też chwile, kiedy ludzie mogli choć przez kilka minut poczuć się jak dawniej - szczęśliwi, spokojni, bezpieczni. Aż do następnego nalotu bombowego.

Spodobały mi się postacie, które wykreowała autorka. Jedne wzbudzały moją sympatię, drugie strasznie irytowały. Od samego początku trudno mi było darzyć sympatią Sybil, dziewczynę rozpieszczoną przez swojego ojca. On tymczasem wydał mi się ciekawą postacią - tajemniczą, nieco mroczną, choć momentami miałam ochotę poczęstować go siarczystym policzkiem! No bo jak można wyrzucić swoją ciężarną żonę w koszuli nocnej na deszcz!? No jak!? Ale troska, jaką później obdarzył Carę, która znalazła się w tarapatach, zrekompensowała początkową złą ocenę. Podobało mi się także wykreowanie Brenny. Była to kobieta, niekoniecznie dobrze wykształcona, ale poświęcona rodzinie. Robiła dla nich tyle ile była w stanie. Kochała swoją rodzinę ponad wszystko i tylko to się dla niej liczyło. Potrafiła wybaczyć wiele, aby tylko rodzina była w komplecie. Niekiedy irytowały mnie jej zachowania, zwłaszcza wtedy, kiedy na siłę starała się ułożyć życie swoich dzieci według własnego planu. Jednak Maureen ukazała tę postać tak, jak widzę każdą dobrą matkę - dobra, troskliwą, kochającą. Często irytowała mnie Eleanor, ale pod wpływem wielu zdarzeń zmieniła siebie, swój charakter, swoją wyniosłość. Zrobiła się bardziej ludzka, bardziej rodzinna. Tak, tą postać polubiłam w czasie wojennych wydarzeń. 

Na wielką uwagę zasługują umiejętności Maureen Lee. To, jak plastycznie i swobodnie przechodziła z jednej skrajności w drugą. Z jaką dokładnością opisywała wydarzenia wojenne, cierpienie, ból, troskę, rozpacz, bezgraniczną miłość, szczęście. Wspaniale oddała klimat, jaki panował między jednym nalotem a drugim. Ten czas oczekiwania. Mimo wszystko życie każdego członka tych dwóch rodzin trwało dalej. Wojna pokrzyżowała wiele planów, jednak nie sprawiła, że ludzie przestali walczyć o siebie. Tak, to piękna historia. Urokliwa, oryginalna. A przede wszystkim bardzo ciekawa! Wciągnęły mnie losy bohaterów, zżyłam się z nimi, przeżywałam ich radości, rozterki. Razem z nimi próbowałam rozwiązać problemy. Byłam świadkiem wielu sytuacji, choć nie zawsze byłam z tego zadowolona. Autorka sprawnie przechodziła z jednego wątku do drugiego, wiele ich nagromadziła, ale dobrze je zakończyła. Jak często bywa, autorzy nie mają pomysłu na zakończenie, albo dobrze zapowiadające się zwieńczenia losów pędzą na łeb, na szyję. W tym wypadku wszystko było wymierzone, dokładne. 

Jestem pod ogromnym wrażeniem i wiem, że spróbuję przeczytać wszystkie powieści Lee, jakie zostały wydane w języku polskim. Teraz będę w ciemno sięgała po jej książki, tak jak to robię w przypadku Jodi Picoult. Polecam, naprawdę warto zajrzeć do tej powieści i dać się porwać całej historii!

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia