Bożonarodzeniowa niespodzianka - Listy do M. (#2)

Przychodzę z kolejnym filmem, również komedią, choć w nieco innej odsłonie niż poprzedniego. Tym razem nastawcie się na gromki śmiech, łzy wzruszenia. Film, który pokrótce zaprezentuję, wyciśnie łzy z niejednej dziewczyny, a może i mężczyznę poruszy? Film idealny na wieczory, kiedy to potrzebujemy się odstresować, a nie mamy sił na ukochane książki.


Na "Listy do M." czas jest zawsze. Nieważne, że fabuła opiera się na Świętach Bożego Narodzenia. Klimat tego święta można poczuć nawet latem, gdyż nie pora świąt jest tu ważna. Główni bohaterowie filmu są nieco zagubieni. Wydaje im się, że nic im się nie układa, nic nie idzie po ich myśli. Możliwe, w końcu każdy ma jakieś problemy. Okazuje się, że ich przeznaczeniem jest miłość. W dniu Wigilii, pięć kobiet i pięciu mężczyzn odkryje swoje przeznaczenie. Okaże się, że przed świętami i miłością nie ma skutecznej ucieczki. 

"Listy do M." to polska komedia romantyczna, która przypadnie do gustu nie tylko płci żeńskiej. Mężczyźni także będą się dobrze bawić podczas seansu. Zabawne momenty, śmieszne dialogi, specyficzne zachowania - to gwarantuje niezły ubaw! Może i film nie jest z najwyższej półki, gra aktorska niekiedy była na kiepskim poziomie, ale gwarantuję, że nie raz i nie dwa uśmiechniecie się pod nosem.

Podobała mi się Doris (Roma Gąsiorowska), która była specyficzną dziewczyną. Owszem, miała gorsze dni, dziwne nastroje. Ale jej śmieszny sposób bycia, głos, były powodem gromkiego śmiechu. Uważam, że Tomasz Karolak w roli Mikołaja (a właściwie Melchiora - "Mel Gibson") spisał się idealnie. Zburzył stereotyp miłego, kochanego świętego czerwonego, który rozdaje prezenty. W tym filmie to on biegnie po swój, w pełni zasłużony (patrząc oczywiście z punktu widzenia mężczyzn). Wspaniała okazała się Tosia, dziewczynka bezpośrednia, specyficzna, wzbudzająca radość, szczerość, współczucie i... wywołująca łzyt wzruszenia. Tą rolę odegrała idealnie Julia Wróblewska. Nie mogłam jednak patrzeć na Agnieszkę Dygant, która według mnie, jest aktorką kiepską. Jej mimika twarzy jest dość dziwna, a na pewno nieadekwatna do sytuacji. Nie wiem, czy otrzymuje zawsze role głupiutkiej kobiety, ale tutaj miałam wrażenie, że gra siebie, a nie Karinę Lisiecką. Cóż, przecież nie ma aktorów idealnych.

Sama fabuła jest banalna, ale jej przedstawienie naprawdę ciekawe. Oczywiście nastawienie do filmu, a także jego odbiór zależy od poczucia humoru, a to jak wiadomo, często bardzo różni ludzi. W każdym razie, "Listy do M." to lekka ekranizacja, idealna na jeden wieczór przy kubku gorącego napoju. Skutecznie poprawi humor i odbierze stres dnia codziennego. Osobiście polecam!

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia