Katarzyna Michalak "Gra o Ferrin. Kroniki Ferrinu tom 1"


Twórczość Katarzyny Michalak znam, ale z tej słodszej, bardziej bajkowej strony, a także tej nieco bardziej realnej, trudnej. Za mną już kilka książek i śmiało mogłam wyrobić sobie zdanie o autorce. Jednak jedno mnie wciąż zastanawiało. Jak kobieta, która pisze o życiu w sposób cukierkowy z nutą goryczy, niekiedy brutalny, może napisać książkę fantastyczną? Jak to tak, literatura dla kobiet a obok fantastyka? Muszę przyznać, że z dużą dozą sceptycyzmu podchodziłam do "Gry o Ferrin" i całego pomysłu z wznowieniem pierwszej części i przy okazji wydania kolejnych. Przyznajcie się, Wy też się dziwiliście i z dużym dystansem do tego podchodziliście. Ale powiem Wam jedno - nic nie wiecie i bardzo się mylicie! Ja przeżyłam szok, teraz czas na Was!

Karolina to zwyczajna kobieta, która nie do końca odnajduje się w tym życiu. Jest lekarką i jak na lekarkę z powołania, pragnie ratować ludzkie życie. Pewnego dnia otrzymuje wezwanie - samobójstwo. Wraz z swoją "ekipą" wyrusza na ratunek. Akcja jak akcja, niby nic nadzwyczajnego, choć nie codziennie ktoś próbuje odebrać sobie życie. Kobieta nie podchodziłaby do tej akcji aż tak emocjonalnie, gdyby na chodniku nie zobaczyła... siebie. A właściwie dziewczyny, która była uderzająco do niej podobna. Coś w niej pęka. To zdarzenie jednak ma większe znaczenie, niżby się mogło wydawać. Przestaje sobie radzić ze wszystkim i powoli traci bliskich. A jedynym ratunkiem jest możliwość przedostania się do Ferrinu, świata marzeń, znanego z opowieści. Właśnie tego wieczoru podejmuje decyzję - zmienia Wymiar. Jednak wymarzony Ferrin, tak zachwalany nie jest takim w rzeczywistości. Piękny? Owszem. Ale zagrożony. Panuje wojna, a Karolina vel Anaela stała się Leczącą i na dodatek długo wyczekiwaną z Przepowiedni. Czy kobieta sprosta zadaniom, jakie zrzucono na jej barki? Ile jeszcze razy będzie musiała otrzeć się o śmierć, swoją i bliskich?

Jestem pod ogromnym wrażeniem. Dawno żaden autor mnie tak nie zaskoczył, jak to się udało Katarzynie Michalak. Spodziewałam się... wiele, a raczej niewiele, a otrzymałam naprawdę świetną książkę. Były potknięcia, ale nawet mistrzom się zdarzają. Pokuszę się o stwierdzenie, że chyba wolę Michalak w wydaniu fantastycznym. Po pierwsze, bardzo ciekawa fabuła. Zaczyna się zwyczajnie, "zalatuje tanim dramatem", aż do chwili (a więc całkiem szybko), gdy Karolina trafia do nowego wymiaru i staje się Anaelą. Akcja w tym momencie nabiera tempa. Po drugie, interesujące postacie. Autorce udało się stworzyć nietuzinkowych bohaterów, gdzie każdy z nich jest unikatowy - ma własny temperament, przyzwyczajenia, poglądy. Jest ich sporo, ale żaden z nich nie jest podobny do drugiego, a na pewno przy bliższym poznaniu okazuje się, że nie są szablonowi. I to mi się podobało! Po trzecie, coś, co mnie bardzo urzekło, a mianowicie tajemnice, niespodzianki i to, że nic nie jest pewne. Początkowo się wydaje, że ci, którzy stoją po złej stronie mocy, nie zawsze są źli. Pytanie tylko, jakimi pobudkami się kierują?

Nie można przejść obojętnie obok okładki. Grafik spisał się na szóstkę, Wydawnictwo Literackie również! Okładka przyciąga, hipnotyzuje i sprawia, że aż chce się trzymać tę książkę w ręce. Zdjęcie nie oddaje tej magii, która ujawnia się na żywo. Cieszę się, że powieść trafiła do mnie właśnie w takim wydaniu!

Jedno muszę powiedzieć. Moje zdanie o twórczości tej autorki się zmieniło. W "Grze o Ferrin" widać staranność, z jaką napisała tę historię. Dokładność, obrazowość, zainteresowanie czytelnika. Dodatkowo sama historia należy do ciekawych i sposób budowania akcji, napięcia nie pozwolił mi przerwać lektury. Bywały momenty, kiedy musiałam się zmuszać do odłożenia jej, bo przecież obowiązki czekały. A tu zwroty akcji, coś się dzieje. Powiedzcie mi, jak tu odłożyć książkę na bok w środku wojny? Jestem pod wrażeniem, naprawdę. I choć zdarzały się potknięcia, małe zgrzyty to i tak uważam, że debiut jak najbardziej udnay i godny zauważenia. Jeżeli autorka utrzyma taki sam poziom (a może nawet i wyższy?) w pozostałych częściach to jestem pewna, że ponownie zrobi się o niej głośno i to w pozytywnym znaczeniu. Jak najbardziej polecam!


Czytaj dalej »

"Wiosna w Różanach" Bogna Ziembicka


Nie mogłam się doczekać, nim ponownie wrócę do Krakowa i Różan, że znów będę przez kilka godzin żyła z Zosią, panią Zuzanną, Marianną czy Erykiem. Zżyłam się z tymi postaciami, z ich problemami, radościami. Gdy tylko znalazłam czas na powrót do Różan, sięgnęłam po książkę i nie wypuściłam jej z rąk, dopóki nie skończyłam czytać. A działo się tutaj naprawdę dużo!

Nie wszystko jest takie, jakie się początkowo wydaje. Zosia spodziewa się dziecka wraz z Krzysztofem. Ale los strasznie z nich zadrwił i odebrał im ukochane dziecko. Dziewczyna załamuje się, a Krzysztof odchodzi. I choć wydaje się, że gorzej być już nie może, kobieta odczuwa brak ojca i ukochanej niani. Jedynym pozytywnym aspektem jest to, że przy Zosi wciąż czuwają przyjaciele, na których zawsze może liczyć. Ale czy dziewczyna się podniesie? Czy w końcu przejrzy na oczy i zobaczy miłość Eryka?

Nie chcę zdradzać zbyt wiele z fabuły tej części, ponieważ wiele osób może nie znać treści tomu pierwszego. Po co zdradzać szczegóły? Jedno jest pewne - książka jest przepełniona plejadą przeróżnych emocji - niekiedy przechodzących ze skrajności w skrajność, zwłaszcza w przypadku Zosi (raz uśmiech, raz łzy). Wydarzeń, które odmienią losy każdego z bohaterów jest sporo i co najważniejsze, ich przebieg jest wiarygodny. Zdarzają się sytuacje, gdzie można wątpić w ich prawdziwość, zwłaszcza w takiej kolejności, w jakiej miały one miejsce, ale nie zepsuło to klimatu powieści. Bohaterowie w tym tomie byli mi bliżsi, łatwiej było mi się z nimi utożsamić czy przeżywać wspólnie ich wzloty i upadki. Autorka zręcznie przemieszczała się między wątkami, zgrabnie je łączyła. Nie było sytuacji, by coś wydarzyło się nagle, bez przyczyny i bez skutku. Każde słowo wyważone, dobrze dobrane. To mi się podoba!

Drugi tom tej historii zdecydowanie bardziej przypomina rzeczywistość. Mniej tu bajkowości, mniej sielanki, więcej problemów i łez. Czytelnik ma wrażenie, że czyta coś, co w rzeczywistości się wydarzyło. W końcu los, jaki spotkał Zosię, Mariannę czy nianię nie jest dla nikogo żadną nowinką, takie rzeczy dzieją się wśród nas, w życiu prywatnym, jest to naturalna kolej rzeczy, choć nie zawsze mile widziana. 

Muszę dodać, że styl i sposób budowania akcji, nutki napięcia u Bogny Ziembickiej się nie zmienił. Ale dla mnie jest to bardziej zaleta niż wada. Wiedziałam, czego mogę się spodziewać po książce i właśnie to otrzymałam, właśnie w takiej a nie innej formie, do której zdążyłam się już przyzwyczaić. "Wiosna w Różanach" nie odstaje poziomem od "Drogi do Różan". Napisane są w podobny sposób, zachowana została ciągłość zdarzeń. A i bohaterów też nowych autorka wprowadziła. Powieść dzięki temu zrobiła się jeszcze ciekawsza, niż zapowiadało się na początku. 

Spodobało mi się również to, że autorka więcej uwagi poświęciła bohaterom, którzy w pierwszej części grali role drugoplanowe, bądź mało ważne w życiu tych głównych. Dzięki temu zabiegowi czytelnik ma okazję poznać nieco bliżej Mariannę, rodziców Krzysztofa, nawet samego Eryka, niekoniecznie z perspektywy jego wybranki. Nieco więcej uwagi poświęcono także Natalii Berg i innym intrygantkom, co nadało świeże spojrzenie, inną perspektywę. Bognie Ziembickiej nie brakowało fantazji, także ilość bohaterów nie przeraża. Zwłaszcza, że każdy z nich jest nietuzinkowy, niepowtarzalny. Wiele temperamentów, a co za tym idzie - problemów, które trzeba rozwiązać.

Z "Wiosną w Różanach" spędziłam wiele miłych chwil. Czytało mi się szybko, choć czas w książce nie "pędzi na łeb i szyję". Życie w Różanach i Krakowie toczy się powoli, aczkolwiek nie monotonnie. Jest ciekawie, niekiedy z małym dreszczykiem emocji, napięcia. Żałuję tylko, że tak szybko musiałam rozstać się z bohaterami. Mam po cichu nadzieję, że autorka pokusi się o stworzenie książki, w której spotka się choć część bohaterów z Różan. A serię o Różanach polecam z czystym sumieniem! 


Czytaj dalej »

"Nocna rozmowa" Consilia Maria Lakotta

Wydaje się nam, że różnice w wyznaniach nie są aż tak wielką przeszkodą w nawiązywaniu nowych relacji. Wydaje się nam, ponieważ w praktyce zupełnie inaczej to wygląda. Tak naprawdę trudno dojść do porozumienia w niektórych kwestiach, każda wiara ma swoje własne poglądy na daną sytuację i nie zawsze człowiek postępujący zgodnie z własnymi wyznaniami, potrafi tolerować czy spróbować zrozumieć postępowanie drugiej osoby. W takiej dość skomplikowanej sytuacji znalazł się Gregory Bower.

Pewnego wieczoru Nowy Jork spowija ciemność spowodowana niespodziewaną awarią rozdzielni w elektrowni. I choć nie wydaje się być to jakieś wyjątkowe zdarzenie, w końcu u nas, w Polsce, takie awarie czy wyłączenia prądu są na porządku dziennym, to ta krótka dostawa prądu sprawiła, że ten listopadowy wieczór okazał się być dla niektórych ludzi bardzo ważny. Do baru trafia kilkoro nieznanych sobie ludzi, którzy stają się świadkami spowiedzi, rozliczenia z przeszłością kapitana Gregory'ego. Amerykanin niemieckiego pochodzenia i chrześcijanin zakochał się w córce żydowskiego sprzedawcy antyków. Połączyła ich miłość, ale czy jest ona najmocniejszym fundamentem? Jedność dusz Judith poczuła jednak przy jego bracie - Ablu. Sprawa nie mogła wyjść na prostą, niepohamowana zazdrość pogłębiła tylko przepaść, jaka zaistniała między tą dwójką. 

To nie jest łatwa lektura, choć początkowo tak się wydawało. Wbrew pozorom nie znajdziemy tutaj tylko wątków miłosnych. Autorka postanowiła wykorzystać fakt, że bohaterów różni pochodzenie, religia i głoszone poglądy, więc zrobiła z nich swoiste porównanie. W powieści pojawia się kilka ważnych pytań odnośnie wiary, własnego pochodzenia, religii, marzeń. Poruszona jest także kwestia powrotu do korzeni, do przeszłości poprzez wstąpienie rodziny Judith do wspólnoty - kibucu, jak i również sytuacja polityczna Izraela w latach sześćdziesiątych.

Bohaterowie są dość dobrze wykreowani, portrety psychologiczne dobrze przedstawione. Każda z postaci jest wyjątkowa, ma własny charakter, temperament i przyzwyczajenia, które nadają barwy w wzajemnych relacjach. Język "Nocnej rozmowy" jest przystępny dla czytelnika. Nie jest zbyt prosty, nie ma w nim też zbyt dużej ilości metafor. Jest po prostu na dość dobrym poziomie. Tematyka jak widać nie jest łatwa, zmusza do głębszych refleksji. Według mnie nie nadaje się do przeczytania w jeden wieczór, ponieważ natłok myśli, jaki się pojawia u czytelnika w trakcie zapoznawania się z lekturą sprawia, że trzeba na chwilkę odłożyć książkę. 

Osobiście polecam, choć było kilka elementów, które mnie drażniły. Między innymi bardzo częste powtarzanie imienia George'a przez Judith. Miałam wrażenie, że kobieta próbuje przypomnieć bohaterowi jak on się nazywa. Czyżby cierpiał na dziwną odmianę amnezji, o czym nie poinformowano czytelnika na początku historii? Dla mnie minusem jest także objętość książki. Dla jednych będzie to zaleta, opowieść zwięzła i na temat. Ale dla mnie niektóre wątki zostały zbyt mało rozbudowane, "leciały na łeb i szyję". Ale jest to interesująca pozycja i mimo tych małych wad, warta jest przeczytania. Na pewno otworzy oczy na pewne kwestie, a część czytelników odruchowo utożsami się z którymś z bohaterów. Książka porusza tematy ważne, aktualne, więc warto.


Czytaj dalej »

"Ocean na końcu drogi" Neil Gaiman


Czy ktoś z Was miał tak chociaż raz, że biorąc do ręki książkę poczuł, że właśnie z tą historią przeżyje coś niesamowitego; że podczas czytania tej książki świat bohaterów pochłonie go bez reszty i jest niemal pewien, że na długo pozostanie w nim? I to wszystko bez przeczytania ani jednego zdania? Ja tak miałam. Nie wiedziałam co sprawiło, że takie myśli przyszły mi do głowy, gdy wzięłam w ręce "Ocean na końcu drogi", ale tak właśnie było. I wydawało mi się, że paradoksalnie tak być może, choć przecież historia, którą wówczas miałam w ręce, jest napisana na zaledwie 216 stronach. Ale możecie być pewni - tyle wystarczyło, by skraść moje serce, duszę i uwagę na wiele, wiele godzin. A przecież na przeczytanie wystarczyły dwie godziny.

Wyobraź sobie, że masz siedem lat. Niby dużo, ale tak naprawdę niewiele. Twoim światem są rodzice, młodsza i nieco denerwująca siostra, kot, podwórko i stara szopa na tyłach domu. Jesteś jeszcze dzieckiem, więc tylko tyle Ci wystarczy, przecież posiadasz tajną broń, jakiej pozbawiają się dorośli - wyobraźnię. Wszelkie zła tego świata dzieją się w głowie, ale do czasu. Pewnego dnia wracasz ze szkoły i dowiadujesz się, że górnik opali przejechał Twojego kota. Rzecz jasna niespecjalnie, to był wypadek; tak w zasadzie to nie on to uczynił, tylko ludzie, którzy go przywieźli. Ale bardzo chce zrekompensować Twoją stratę i otrzymujesz drugiego kota - nie tak ładnego jak poprzedni, bo rudego, nie tak milutkiego, jak tamten, bo ten wierci się, trąci łepkiem, wydaje dziwne dźwięki oburzenia. I już wiesz, że ten kot nie zastąpi Ci dawnego przyjaciela, mimo to, że to też kot, tylko nieco inny. Idziesz do swojego pokoju i w ciszy opłakujesz stratę kota. Ale to nie wszystko. Okazuje się, że górnik opali zajmie Twój pokój. Potulnie idziesz do pokoju siostry, gdzie musisz dostosować się do panujących tam zasad. Trudno, tak postanowili rodzice, więc tak będzie. Pewnego ranka schodzisz do kuchni na śniadanie, ale nie ma Twojego komiksu. Idziesz do samochodu, bo tato go tam zostawił ale... Jego też nie ma. W ferworze dziwnych dla Ciebie wypadków trafiasz na farmę Hempstocków. Poznajesz jedenastoletnią dziewczynkę, jej matkę, babcię, która wiele widziała oraz staw, który nazywany jest oceanem. Dziwisz się, pytasz, ale odpowiedzi Cię nie satysfakcjonują. I nie będzie tak przez długi czas, bo właśnie teraz, właśnie w tej chwili, zaczynają się dziać dziwne rzeczy...

Neil Gaiman to pisarz znany z cudów, które potrafi wyczarować słowami. A przynajmniej ja tak uważam. Proste słowa wystarczą, aby stworzyć coś na wysokim poziomie ale pod warunkiem, że będą one tak dobrane aby czytelnik odniósł wrażenie, iż są na właściwym miejscu i żadne inne nie będą pasować. Trudne zadanie, bo trzeba mieć już jako tako wypracowany warsztat pisarski. Nie da się ukryć, że wyobraźnia to ogromne pole do popisu dla pisarza, którzy kręci się w fantastycznych klimatach. I właśnie dzięki dziecięcym światku, odrobinie wyobraźni stworzył coś wyjątkowego, pięknego. 

Autor przedstawił historię z punktu widzenia dorosłego człowieka, który wraca myślami do dzieciństwa i opowiada tę część własnego życia jako siedmioletni chłopiec. I właśnie w tym momencie część osób powiedziałoby, że rezygnuje z przeczytania tej książki, bo młodociani narratorzy albo bajki nie są w ich guście. Być może mieliby rację, w końcu gusta mamy różne. Ale jestem pewna, że przeoczyliby naprawdę wartościową książkę! Gaiman stworzył coś na miarę współczesnej baśni; historię, gdzie granica między rzeczywistością a fantastycznym światem niezauważalnie się zaciera. Jedno z drugim się łączy, uzupełnia, tworzy pewną nierozerwalną całość. To jest piękne z punktu widzenia estetyka. "Ocean na końcu drogi" to metaforyczny tekst, ale z jasnym i wyraźnym przesłaniem. Jest to także próba obudzenia w dorosłym czytelniku wyobraźni, pewnych zachowań i wspomnień dziecka, jakim się kiedyś było i które się wciąż w sobie nosi. Jest to również swoiste wyzwanie dla samego pisarza.

Moim zdaniem, powyższą książkę powinien przeczytać każdy. Dziecko, nastolatek, osoba dorosła, a także ta w podeszłym wieku. Gaiman nie szufladkuje własnej powieści, nie nakłada na nią ograniczeń wiekowych. Pisze z wyobraźnią o wyobraźni, o dobru i złu, o potędze miłości, przyjaźni, marzeń. A to przecież wartości, które człowiek ma ze sobą na każdym etapie życia, w każdym wieku. Czytelniku, jeżeli nie chcesz przegapić wartościowej historii, bądź chcesz miło spędzić czas lub na nowo odkryć w sobie pewne wartości, obudzić drzemiące w Tobie dziecko to jak najbardziej powinieneś sięgnąć po "Ocean na końcu drogi". Nie zawiedziesz się, a za to przeżyjesz przygodę pełną emocji!


Ocean na końcu drogi [Neil Gaiman]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Rozmowy bez retuszu" Artur Barciś, Marzanna Graff


Wiecie co to jest fuksówka albo kurtynka w teatralnym żargonie? Nie? Nie martwcie się, ja też nie wiedziałam. Ale Artur Barciś na podstawie swoich doświadczeń opowiada nam o znaczeniu tych zwyczajów, a także o wielu innych, charakterystycznych dla zawodu aktora. I robi to ciekawie, a co najważniejsze - obrazowo. Na bazie własnych przeżyć tworzy obraz czegoś, co stało się częścią jego samego.

Marzanna Graff postanowiła stworzyć długi wywiad z Arturem Barcisiem, polskim aktorem teatralnym i filmowym. Niełatwo było go przekonać, ale widocznie ma dar, skoro powstał tak rewelacyjny dokument. Kilka spotkań, długie godziny rozmów i powstało coś wspaniałego! Aktor kreśli obraz wspomnień, od wczesnego dzieciństwa poprzez okres dojrzewania, aż do dnia dzisiejszego. Nic nie ukrywa, przedstawia swój świat takim, jakim był i jest. Nie zawsze było kolorowo, o czym sam mówi, nie zawsze było łatwo. Bieda nie ułatwiała funkcjonowania w społeczeństwie, tym bardziej jego ułomność fizyczna. Gdyby nie rodzina i wsparcie, jakie mu przekazywali, a także upór do spełnienia marzeń to nie wiadomo, czy osiągnąłby takie sukcesy, albo czy w ogóle choć jeden by miał. Ale cieszy się z tego, co osiągnął. Z wywiadu dowiadujemy się gdzie aktor uczył się swoich umiejętności, jak przebiegała jego kariera teatralna i filmowa, a także to, ile trudu go to wszystko kosztowało. Zawód aktora teatralnego nie jest taki łatwy, o czym przekonał się Artur Barciś. Ale jego wewnętrzne pragnienie i szczęście, jakie odczuwał podczas wcielania się w rolę sprawiły, że poczuł, iż to co robi jest tym, co chce robić przez całe życie i to go satysfakcjonuje. A polska kultura oczywiście na tym skorzystała!

Zagłębiając się w "Rozmowy bez retuszu" można już od pierwszych stron dostrzec, jak trafne pytania zadawała Marzanna Graff. Potrafiła podejść aktora z różnych stron, niby dookoła tematu, aż w jednej chwili trafić w punkt. I to ten właściwy. Dobre pytania to już połowa sukcesu takich wywiadów! Można zaobserwować, że z Marzanny jest także dobra słuchaczka, która z wypowiedzi Barcisia potrafiła wybrać to, co może zainteresować potencjalnego czytelnika, który nie zna zwyczajów oraz żargonu teatralnego, i zadawała szczegółowe pytania o tę sprawę czy rzecz. Dzięki temu powstał naprawdę interesujący wywiad. Mężczyzna również poradził sobie z tymi pytaniami. Jedne były dla niego łatwiejsze, inne sprawiały nieco trudności, bo należało powrócić myślami do dzieciństwa i niekiedy niezbyt miłych wspomnień. Ponadto odpowiadał naprawdę ciekawie. 

Sięgając po tę pozycję nie spodziewałam się, że dowiem się aż tyle o Barcisiu. Był dla mnie znanym aktorem, aczkolwiek nie sądziłam, że na swoim koncie ma tyle sukcesów, tyle odegranych ról. Pozycja ta sprawiła, że nabrałam ochoty na zobaczenie aktora z różnych perspektyw, filmów czy przedstawień teatralnych. Dodatkowo zdjęcia, które przewijały się na kartach wywiadu dopełniły całości i były dobrym urozmaiceniem. Można było zobaczyć aktora w pełnej krasie, w chwilach lepszych czy gorszych. Stworzenie takiej publikacji było strzałem w dziesiątkę. Miło spędzą z nią czas wszyscy fani Artura, a także ci, którzy z teatrem, filmami czy z życiem zawodowym aktora nie są na bieżąco. 

Muszę przyznać, że zostałam miło zaskoczona i żałuję, że nie istnieje więcej tak dobrze przygotowanych wywiadów. Polecam!



Rozmowy bez retuszu [Artur Barciś, Marzanna Graff]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia