Kącik muzyczny (#2) - Sentymentalne przywiązanie

Dawno nie zamieszczałam postów w konkretnych cyklach na blogu, po części o nich zupełnie zapomniałam i poświęciłam swój czas wyrażaniu opinii o książkach. Ale przecież zawsze podczas pisania towarzyszy mi muzyka. Niekoniecznie najnowsze hity, które puszczają stacje radiowe. Bardzo często, w chwilach melancholii, sięgam po utwory dobrze mi znane, które o 2 w nocy mogę zacząć nucić lub recytować tekst. To takie piosenki, które żyją we mnie. I choć ich tekst nie zawsze do mnie przemawia, może nie odzwierciedla mnie w 100%, ale znam ich słowa na pamięć. Są to sentymentalne utwory, w pewien sposób ukształtowały mnie w konkretnym okresie życia albo najzwyczajniej są pewniakami, które poprawiają nastrój. Jesteście ciekawi, które to? Zapraszam.


Jestem pewna, że przynajmniej 90% z Was chociaż raz słyszało tę piosenkę, a 70% potrafi chociaż część powiedzieć z pamięci. Tym utworem byliśmy zasypywani przez długi czas. I choć wcześniej wydawała mi się taka... nijaka, beznadziejna to z czasem dostrzegłam jej magię i prawdę w niej zawartą. Do dziś w chwilach zwątpienia włączam Sacrum i śpiewam. Chociaż fałszuję okropnie to nie przeszkadza mi to w wkręceniu się w ten utwór. Uspokaja mnie i dodaje sił.



Podobnie ma się sprawa z tym utworem. W okresie gimnazjum bardzo często go słuchałam. Pomógł mi uporać się z przeprowadzką na drugi koniec Polski. Słuchając go wiedziałam, że czeka na mnie lepszy czas. W każdej chwili zwątpienia Rozmowa mi pomagała. I tak jest do dziś. Wprawdzie nie słucham jej zbyt często, może raz na rok, ale ma swoją magię. Przyznajcie, choć nie każdy z Was słucha tego gatunku to piosenka ma swój klimat. Pocieszające.



A i Granice miały spory wpływ na to kim jestem. Również słuchałam w okresie przeprowadzki, ale do dnia dzisiejszego się zdarza często ją włączyć. Pomaga mi przekroczyć granice, podjąć ważne decyzje w życiu, wybrać nową drogę dla siebie, pogodzić się z czymś, stawić czoło nieznanemu. Działa na mnie motywująco.



A teraz coś weselszego, ale również dla mnie ważnego. Nic tak nie poprawia mi humoru jak ta piosenka. Znacie ją? Zapewne chociaż raz natknęliście się na Głupotki lub inny utwór (np. Ty jesteś moim skarbem) na YouTube. Nie potrafię przy niej spokojnie wysiedzieć, zaczynam śpiewać, uśmiechać się od ucha do ucha. Wsłuchacie się, jest naprawdę zabawna i taka... życiowa. Wbrew pozorom.



A to na pewno kojarzycie, nie ma innej opcji! Kto z Was nie próbował naśladować tej żabki? Kto nie udawał jazdy na motorku? Czy nie nastraja Was pozytywnie? W pewnym okresie drażniła mnie bardzo, ale sama nie wiem kiedy pokochałam ją całym sercem. Stary dobry hit, poprawia nastrój w kilka sekund. To utwór, który mogę słuchać kilkanaście razy z rzędu, naśladować szaloną żabę i dobrze się przy tym bawić. W końcu w każdym z nas jest ukryte dziecko. A dzieci lubią takie skoczne i wesołe utwory. 


A teraz coś, co naśladowało niejedno dziecko, a i dorosłym się zdarzało. Samoloty! I śpiewanie to, co wydawało nam się, że słyszymy. Do dnia dzisiejszego nie znam prawidłowego tekstu piosenki, ale śpiewam tak, jak słyszę. Oj co to były za czasy! Pamiętam jak miałam Dragostea din tei na kasecie, włączałam ją, siadałam z przyborami piśmienniczymi i po kawałku, wciskając pauzę, przepisywałam usłyszany tekst do zeszytu. Wychodziły niestworzone rzeczy, ale jak się później fajnie śpiewało! Pamiętacie? Niedawno wyszło wznowienie w innym języku, z teledyskiem na plaży, ale to już nie to samo. Oryginał ma to coś!

To by było na tyle utworów, które dobrze mi się kojarzą, a o których w tej chwili pamiętam. Znalazłoby się jeszcze więcej, ale nie chcę Was nimi niepotrzebnie zasypywać. Sądzę, że te, które podałam znacie i przypomniały Wam się miłe czasy. A może którejś z tych piosenek nie znacie?
Czytaj dalej »

"Poczekajka" Katarzyna Michalak

Katarzynę Michalak w blogosferze zna już chyba każdy - z własnego czytelniczego doświadczenia, bądź ze słyszenia, albo jeszcze z aferek blogowych między autorką a niezadowolonym czytelnikiem. Autorka wzbudza wiele emocji, są te dobre i złe, ale jak to bywa wśród pisarzy, jest to całkiem naturalne. Jej twórczość jest dość specyficzna. Wprawdzie chciałoby się być wszechstronnie uzdolnionym i pisać w wielu gatunkach, jednak jeden wychodzi jej świetnie - ten bajkowy, na pół realny, na pół nie, taka obyczajówka z dobrym i miłym zakończeniem. Takie pozycje są idealne na odstresowanie, miłe spędzenie wieczoru, może na dodanie trochę otuchy, obudzenie nadziei... Poczekajka kwalifikuje się do takich pozycji, ale... Coś mi w niej nie pasuje.

Patrycja jest bohaterką często bujającą w obłokach, której zamarzył się książę na białym koniu, który wyzwoli jej z tego nudnego życia i zabierze do swojej baśniowej krainy. Nie dramatyzuję, naprawdę takie ma marzenia i na dodatek próbuje je zrealizować, za pomocą czarów. Wybiera się na spotkanie sabatu, gdzie dołącza do grona czarownic, a jej przewodniczką w tym świecie jest Berenika, doświadczona kobieta, która nigdy nie żartuje z magii. Wraz z koleżankami-wiedźmami wyczarowuje Patrycji wizję kochanka na białym koniu, który galopuje do niej, pod żółtawą chatkę, gdzieś w lesie. Tylko... Gdzie ta chatka, koń i przystojniak? A no właśnie w tym tkwi problem. Trzeba go znaleźć. Stąd pochopna przeprowadzka do Poczekajki, gdzie nie mieszkańcy nie witają jej z otwartymi ramionami. A to dopiero początek.

Może zacznę od mocniejszej strony samej bohaterki. Podobało mi się to, że Patrycja postawiła się matce, chciała zrealizować swoje marzenia i nie czekała na tyłku, aż to wszystko do niej przyjdzie tylko wzięła sprawy w swoje ręce i dążyła do ich spełnienia. Tak znalazła wyśnioną chatkę, wyprowadziła się z dotychczasowego lokum, zrezygnowała z pracy, wyprowadziła się do Poczekajki, wyremontowała chatkę, podjęła się pracy w zoo, o której zawsze marzyła i... czekała. Jednak nie wykazując biernej postawy, o czym przekona się czytelnik. Ale to by było na tyle pozytywnych stron głównej bohaterki. Pipi, jak pieszczotliwie nazwał ją Artur, znienawidzony przez dziewczynę, a który uparcie próbuje zdobyć jej serce w sobie tylko znanych celach, jest dość naiwną osobą. Ślepo podąża za danymi jej znakami, przyjmuje rzucone jej sugestie i wykonuje je z nadmierną przesadnością. Zamiast powiesić jedną podkowę na szczęście, jako drogowskaz, pani doktor przybija je gdzie tylko się da, po czym przy każdej okazji podtyka się o nie. Takich sytuacji jest wiele. 

Sama fabuła jest już na starcie dość specyficzna, wzbudzająca gromki śmiech w czytelniku, ale nie taki, jaki życzyłaby sobie autorka. We mnie obudził się czytelnik-hejter, którym nigdy być nie chciałam. W Poczekajce absurd gonił absurd, bohaterka rzuciła się w ramiona pierwszego lepszego faceta, który pojawił się na końskim grzbiecie i zaczął sypać romantycznymi frazesami. Za nic miała znaki, które dawał jej dziadek, które zresztą sama widziała, ale nie wierzyła. Już sama ta postawa wzbudziła we mnie irytację. Atutem powieści na pewno była praca w zoo, gdzie miały miejsce dziwne wydarzenia, ale wywołujące śmiech, tym razem ten zamierzony. Do tego pozytywnym aspektem książki była jeszcze postać dziadka, jego werwa, mądrość życiowa i wnikliwa obserwacja. Nie chcę Wam zbyt wiele zdradzać na jego temat, ale chociażby dla niego warto przemęczyć się przez tę historię.

Dużą wadą dla mnie było umieszczenie postaci z Gry o Ferrin. Może gdybym nie znała tej historii inaczej bym na to patrzyła, ale w tym wypadku drażnił mnie Amre, Anaela, a także sam fakt zacytowania fragmentu rzekomo powstającej powieści, która to została wydana już rok wcześniej (i dwa później). Nie wiem co Katarzyna Michalak chciała tym osiągnąć, ale wywołała jedynie zniesmaczenie. Cytowanie siebie? Swojej twórczości? Czy to się nazywa autopromocja swoich książek w... swoich książkach? Nie rozumiem, ale zaważyło to na odbiorze całej powieści.

Poczekajka ma wielu zwolenników, tak jak i przeciwników, ale sama nie wiem, po której stronie barykady stoję. Niby historia Patrycji od połowy wciągnęła mnie, byłam ciekawa jak rozwinie się wątek Artura, Łukasza i Gabriela, ale nieco mniej byłam zainteresowana Patrysinymi poszukiwaniami księcia. Jednak zbyt wiele razy irytowałam się, odkładałam książkę by ochłonąć, przekalkulować, czy warto dalej czytać. Męczyła mnie naiwność głównej bohaterki, jej sposób myślenia, zachowania, postępowania. Nie przepadam za takimi postaciami, jednak Katarzyna Michalak wyjątkowo zadbała o to, by ta mnie drażniła jak nikt dotąd. I trochę przeraża sam fakt, że autorka tą powieścią zadebiutowała. Moim zdaniem, na koncie ma zdecydowanie lepsze powieści. Jeśli jednak zaintrygowała Was fabuła (a polecam wątek Łukasz-Artur-Gabriel oraz postać dziadka) to zachęcam, może Was nie będzie tak irytowała postawa głównej bohaterki. W gruncie rzeczy szybko się ją czyta i pozwala trochę odstresować.


Czytaj dalej »

6 książek idealnych na świąteczny czas

Sporo takich zestawień namnoży się przez najbliższy czas, ale to nic. Chcę Wam przedstawić 6 książek, które wprawdzie czytałam niekoniecznie zimą, ale nadają się idealnie do zapoznawania się z ich fabułą właśnie podczas świąt. Zazwyczaj mamy dużo wolnego czasu, ciszę i spokój, gorące napoje, ciepły koc... Nie wiem jak Wam, ale mi święta Bożego Narodzenia zawsze kojarzyły się z kocem i gorącym napojem, kolorową choinką, prezentami i oczywiście czytaniem jak najwięcej. Rzecz jasna nie zapominam o idei świąt, ale skojarzenia przecież można mieć jeszcze inne, również przyjemne. 


Oto moja subiektywna lista 6 książek idealnych na świąteczny czas:

Bikini - Janusz Leon Wiśniewski
Tło powieści stanowi wojna, aczkolwiek nie gra ona głównych skrzypiec. Wiśniewski napisał o różnych rodzajach miłości, o cierpieniu, tęsknocie, przywiązaniu, tajemnicach, śmierci, pokoju... Napisał to tak przejmująco, zawarł tu duży ładunek emocjonalny, a jednocześnie książka wydaje się być taka delikatna. Mimo to, nie należy do łatwych pozycji, niekoniecznie bardzo przyjemnych, ale zapada w pamięć.

Hobbit - J.R.R. Tolkien
Kojarzy mi się z zimą, choć przecież zimy tam niewiele. Historia niesamowita, wciągająca. Gwarantuje kilka godzin wspaniałej przygody. Dlaczego kojarzy mi się z zimą? Być może za sprawą ekranizacji, które mają miejsce właśnie w okolicach świąt? Nie mam pojęcia.

Władca Pierścieni - J.R.R. Tolkien
Dalszy ciąg historii opowiedzianej w Hobbicie i również bardzo wciągające. Kojarzy mi się tylko i wyłącznie z zimą. Próbowałam czytać podczas innych pór roku, ale najwięcej przyjemności daje właśnie podczas świąt, gdzie nie trzeba się spieszyć, można w ciszy i spokoju poznawać tę niesamowitą historię. 

Ocean na końcu drogi - Neil Gaiman
Za magię, powrót do dzieciństwa, zwrócenie uwagi na wyobraźnię dzieci i tego, że dorośli bardzo szybko o tym zapominają. Trochę nierealna historia, ale piękna w swojej prostocie. Gaiman jest dla mnie mistrzem w swoim fachu. Również idealny czas jest dla Gwiezdnego Pyłu. Polecam książkę i ekranizację. 

Saga o Wiedźminie - Andrzej Sapkowski
Często psioczyłam na fantastykę, ale to właśnie zimowo-świąteczny okres sprawił, że pokochałam ten gatunek. Wprawdzie niewiele jeszcze mogę się o nim wypowiedzieć, tak jak i o całej serii o Wiedźminie, ale za mną dwie pierwsze części i jestem oczarowana historią oraz głównym bohaterem. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego mój wybór padł na Geralta, ale pasuje mi tu idealnie.

Podarunek - Cecelia Ahern
Cecelia Ahern jest mistrzynią w realizmie magicznym. Potrafi połączyć magię z rzeczywistością w taki sposób, że czytelnik zaczyna wątpić, co jest prawdą a co nie. Do tego sama fabuła Podarunku pasuje idealnie do świąt Bożego Narodzenia. Otworzy oczy niektórym osobom, a i pozwoli spokojnie spędzić ten czas z rodziną. Polecam, nie tylko do czytania w trakcie świąt, choć wtedy wyczuwalna jest największa magia powieści.

Jak widać, skupiłam się głównie na książkach nieco odbiegających fabułą od rzeczywistości. Nie był to zabieg celowy, dopiero pisząc te słowa zdałam sobie z tego sprawę. Ale nic dziwnego, w końcu święta to magiczny czas, więc takie powinny być też książki. Czytaliście coś z tego zestawienia?
Czytaj dalej »

"Moja ukochana zmora" Anna Sokalska

Łatwiej sięgać po autorów już nam znanych, cenionych, o których jest głośno, bo opinii o danej książce jest mnóstwo. Jednak sięganie po autorów niekoniecznie znanych, dopiero zaczynających, albo tych zbyt mało promowanych ma swój urok niepewności. Sięgając po pozycję Anny Sokalskiej nie byłam pewna, czego mogę się spodziewać. Nigdy wcześniej o autorce nie słyszałam, nie miałam pojęcia, jak pisze, o czym pisze i czy mi się spodoba jej twórczość. Przygodę zaczęłam od Mojej ukochanej zmory i wiem, że sięgnę po następne, bo warto!

Rafał Strzelecki jest ambitnym prokuratorem, który pragnie wyzwolić się spod skrzydeł własnego ojca. Chce zapracować na swoje utrzymanie, dojść do czegoś w życiu dzięki sobie, a nie polegając na znajomościach i wpływach ojca. Wszystko musiało być pod niego ustalane, razem ze ślubem z Elizą, który jego rodzice planują i narzucają swoją wizję narzeczeństwu. Jednak wszystko zaczyna się zmieniać, gdy pewnego dnia Rafał trafia na Natalię - w przybrudzonej sukience, bez butów, z długimi i trochę potarganymi włosami. Skąd go zna i czego od niego oczekuje? Od tej chwili będzie stale krążyć wokół niego.

Muszę przyznać, że choć powieść ma zaledwie 100 stron to wszystko zostało dobrze dopracowane. Postacie są nietuzinkowe, dobrze wykreowane, z intrygującymi temperamentami. Każdy inny, z odmiennym podejściem do życia. Znajdziemy tu ludzi z krwi i kości, ale także... zmory i chochliki. Jednak nie zrażajcie się. Choć autorka zaciera granice między fikcją a rzeczywistością to robi to delikatnie, niekiedy nawet niezauważalnie. Cała historia wydaje się być jak najbardziej prawdopodobna, co tylko pokazuje, jak dobrze została skonstruowana. Już samo wplecenie w nią zmory i chochlika było świetnym pomysłem. Od dawna fascynowały mnie rusałki, legendy o nich. Także po części czuję się usatysfakcjonowana tym zabiegiem.

Chciałabym Wam zdradzić nieco więcej o fabule, ale moje serce mi nie pozwala. Gdybym Wam zdradziła coś jeszcze, zepsułabym wspaniałą lekturę. Wprawdzie nie jest długa, bo ma zaledwie 100 stron i można śmiało przeczytać w jeden wieczór, nie oznacza to, że czegoś w niej brakuje. Owszem, chętnie przeczytałabym o dalszych losach Natalii, Rafała, Elizy i Mikołaja, ale... Co za dużo to niezdrowo. Autorka zdawała sobie sprawę, że lepiej powiedzieć za mało, niż za dużo. Zostawia czytelnika z lekką dezorientacją, ale to dobrze. Można się domyślić, co postanowiła jedna z postaci. Zresztą nie tylko czytelnik będzie się nad tym zastanawiał.

Jeżeli macie ochotę na niezobowiązującą i niezbyt absorbującą lekturę to jak najbardziej zachęcam do przeczytania Mojej ukochanej zmory Anny Sokalskiej. Nie będziecie zawiedzeni, a i miło spędzicie czas. Książka ta da Wam również trochę do myślenia, bo delikatnie uświadamia, co też w życiu jest ważne, być może najważniejsze. I choć wszyscy o tym wiemy to bardzo często zapominamy. Polecam!
Czytaj dalej »

Mary Kubica - Grzeczna dziewczynka

Czy myśleliście kiedyś, jakby to było, gdybyście stali się ofiarą? Zostali porwani dla okupu? I do tego mieli wątpliwości, czy napastnicy ten okup od członków Waszej rodziny dostaną? Powstało wiele książek i filmów na temat porwań dla okupów, więc sądziłam, że w tym temacie nie można już nic nowego powiedzieć. Być może tak jest, pozostaje jednak kwestia odpowiedniego przekazu - ciekawie, z zainteresowaniem, wzbudzając nutkę niepokoju. Krótki opis Grzecznej dziewczynki zachęca: Zawsze byłam grzeczną dziewczynką. Dobrze wychowaną i bardzo samotną. Prowadziłam poukładane życie, które coraz bardziej mnie nudziło. Marzyłam, by los napisał dla mnie nowy, bardziej pasjonujący scenariusz. Powinnam uważać, czego sobie życzę. Zostałam uwięziona na kompletnym odludziu. Tak bardzo boję się mężczyzny, który mnie porwał. Wydaje się zupełnie nieprzewidywalny. Nawet jeśli rodzina zapłaci za mnie okup, on pewnie mnie zabije. Ale czy rzeczywiście warto przeczytać?

Mia Dennett pochodzi z bogatej i szanowanej rodziny, wydawać by się mogło, że niczego jej nie brakuje. Jednak jak często bywa w takich rodzinach, od dzieci oczekuje się, że pójdą w ślady rodziców, przejmą po nich firmy, wizerunek, szacunek i uznanie, będą wykonywać każde ich polecenie i spełniać ich marzenia względem przyszłości. Mia była osobą, która nie pozwalała sobie na takie traktowanie. Miała dla siebie inny plan, więc w dniu ukończenia 18 roku życia wyprowadziła się od rodziców i zaczęła żyć po swojemu. Gdy pewnego dnia nie pojawia się w szkole, w której uczy, jej matka otrzymuje niepokojący telefon od przyjaciółki córki; Mia nie pojawiła się i nie dała znaku życia od kilku dni. Choć matka nie miała z córką zbyt dobrych, bliskich kontaktów, bardzo szybko się zreflektowała i postanowiła zgłosić zaginięcie Mii. Innego zdania był ojciec, James, który uważał, że to kolejne wyskoki jego niepoważnej i buntowniczo nastawionej do nich córki. Czy miał rację?

Historię poznajemy z punktu widzenia Eve, matki Mii, Colina - porywacza, a także Gabe'a, detektywa zajmującego się sprawą zaginionej dziewczyny. To sprawia, że historię poznajemy z różnych perspektyw, pewne elementy układanki tworzą spójną całość. Do tego rozdziały są napisane przed odnalezieniem dziewczyny i po, co daje nam pełny obraz kobiety, porywacza, samego faktu porwania. Uważam, że pomysł na takie przedstawienie całej historii był trafny - całość przybiera interesujący i nieszablonowy wymiar. Książka wciąga już od pierwszych stron, trzyma w napięciu aż do ostatniego zdania, które z kolei okazuje się być lekko szokujące dla czytelnika. Ale ostrzegam, nie czytajcie wcześniej zakończenia, bo zepsujecie sobie całą przyjemność z lektury. Owszem, znajomość epilogu sprawia, że cała historia ma zupełnie inny wydźwięk, ale nie bez powodu słowa umieszczone na końcu nie znalazły się na początku. 

Pierwsza myśl, jaka nam przychodzi do głowy to taka, że porywacz zrobił to dla pieniędzy (słusznie) i jest bardzo złym człowiekiem, skoro więzi niewinną dziewczynę. Okazuje się, że sprawa nie jest wcale taka oczywista, jakby się mogło wydawać. Z każdą kolejną stroną czytelnik zostaje wręcz zmuszony do zmienienia swojego zdania na temat Colina, jego pobudek, zachowania. Także zachowanie porwanej, Mii, nabiera sensu, gdy poznajemy całą historię od a do z. Choć początkowo może nas to wszystko dziwić, na końcu się wyjaśnia. Dodam, że choć powieść napisania jest dość prostym językiem to nie odbiera to wartości książce. Łatwo jest się wczuć w historię, zbędne ubarwienia nie psują nam jej odbioru. Znajdziemy tu elementy typowych kryminałów, ale także wątki trochę obyczajowe, psychologiczne, a także... Nie, o tym nie wspomnę, niech będzie to dla Was trochę zaskoczeniem.

Z czystym sumieniem mogę Wam polecić Grzeczną dziewczynkę. Jest to książka nieoczywista, nieszablonowa, wyróżniająca się na tle innych, choć wydaje się być taka niepozorna. Ale jak wiadomo, pozory bardzo często mylą, co w tym przypadku działa na korzyść. Historia wciąga, zaskakuje, także będzie miłym elementem w te ponure, jesienno-zimowe wieczory. Choć nie ma tu elementów drastycznych, wywołujących obrzydzenie (na szczęście!), gdyż nie jest to ten typ literatury, to może przypaść do gustu miłośnikom kryminałów i thrillerów, nie tylko osobom czytającym obyczajowe pozycje.


Grzeczna dziewczynka [Mary Kubia]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

Aneta Jadowska "Złodziej dusz"



Jeszcze całkiem niedawno twierdziłam, że fantastyka nie jest dla mnie. Później zaczęłam się powoli do niej przekonywać, ale dalej uważałam, że nie ma książek, które by mnie zaintrygowały na tyle, bym częściej po nie sięgała. O jakże się myliłam. Wystarczyło sięgnąć po jakże wychwalaną serię o Dorze Wilk autorstwa Anety Jadowskiej. W zasadzie nie miałam jej w planach. To wina promocji 3za2 na fantastykę w Empiku. Brat wybrał pozycje dla siebie, więc przeszłam się między półkami, sięgnęłam po pierwszą książkę kojarzoną z blogosfery i wzięłam. Padło na Złodzieja dusz Anety Jadowskiej. Nie przypuszczałam, że będę się tak dobrze przy niej bawić!

Dora Wilk jest policjantką i wiedźmą jednocześnie. Jedno i drugie traktuje bardzo poważnie, przy czym pierwsze niemal z pasją. W Toruniu w dziwnych okolicznościach ginie staruszka, a w alternatywnych miastach znikają magiczni i to właśnie Dora ma za zadanie rozwiązać tę zagadkę. Do pomocy ma diabła i anioła, duet niecodzienny. Na pewno nie będzie to sprawiedliwa gra.

Mój opis nie jest zbyt oryginalny, dość ubogi, ale to dla Waszego dobra. Nie chcę Wam zdradzać nic z fabuły, bo jest ona niesamowita. Duży ukłon w stronę autorki za stworzenie tak barwnej plejady bohaterów. Poznajemy Mirona, diabelsko przystojnego diabła, pięknego i jednocześnie nieśmiałego anioła Joshuę, a także zwariowaną, odważną i nieprzewidywalną wiedźmę i policjantkę w jednym - Dorę Wilk. Już sama kreacja bohaterów zasługuje na uwagę. Ich sposób bycia, błyskotliwe dialogi, humor, a także dystans sprawiają, że lekturę pochłania się w mig. Do tego intrygująca fabuła, zagadki. Trudno jest mi zebrać myśli, bo w Złodzieju dusz dzieje się wiele, moje myśli wirują wokół tej książki i domagam się kolejnych części. Tu, teraz, natychmiast! 

Nie spodziewałam się, że czeka mnie tak świetna przygoda. Już od pierwszych stron fabuła pochłonęła mnie tak bardzo, że odłożyłam książkę dopiero, jak przeczytałam ostatnie zdanie. Barwne opisy, zaskakujące wydarzenia, intrygujące postacie, zagadki i tajemnice - to wszystko spowodowało, że czułam się tak, jakbym była obok bohaterów. Tak, jakbym razem z nimi rozwiązywała zagadkę śmierci staruszki, albo goniła maga, który postanowił wydrenować co rusz jakiegoś magicznego osobnika. Była to dla mnie niesamowita przygoda, która urwała się w zaskakującym momencie. Warto również wspomnieć, że nie jest to kolejna historia miłosna, bezpłciowa, nudna, przewidywalna. Jest tu wiele zaskakujących momentów, zwrotów akcji, aż trudno oderwać się od tego choćby na pięć minut. Nie mogę się doczekać, aż w moje ręce trafi drugi tom przygód tej szalonej wiedźmy. 

Nie jest to recenzja, opinią w zasadzie też tego nazwać nie można. Jest to zlepek złapanych myśli, które wędrują w mojej głowie. Jeżeli jeszcze nie czytaliście Złodzieja dusz to wiedzcie, że powinniście się wstydzić. To naprawdę świetna książka. I nie marudzić mi tu, że nie przepadacie za fantastyką, polską literaturą, czy jakie to tam wymówki macie. Ta lektura jest dla Was obowiązkowa. Wszystkich, bez wyjątku. Dzięki takim autorom, takim powieściom, docenia się polską literaturę i wie, że warto po takich autorów sięgać.


Złodziej dusz [Aneta Jadowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka" Sophie i Romio Shrestha



Chociaż nie mam dziecka ani rodzeństwa w wieku wczesnoszkolnym to jako studentka pedagogiki staram się od czasu do czasu zrobić przegląd współczesnych bajek dla dzieci. Warto obserwować, co zostaje wydane, jakie wartości przekazują, czy są interesujące w naszych oczach i czy mogą spodobać się młodym czytelnikom. Ze względu na ilustracje oraz interesujący opis sięgnęłam po W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka w wykonaniu Sophie i Romio Shrestha. Oczekiwałam, że będzie to fascynująca przygoda z nową kulturą. Fascynująca dla mnie, ale przede wszystkim dla dziecka. Czy tak się stało?

W Królestwie Bhutanu dwoje dzieci wyrusza w podróż, aby odnaleźć legendarnych grzmiących smoków. Długa droga prowadzi ich do klasztoru, gniazda uskrzydlonej tygrysicy umieszczonego wysoko w górach, a także do podniebnego świata chmur. W międzyczasie Amber i jej kuzyn Tashi poznają miejscowe legendy.

Nie mogę Wam powiedzieć nic więcej, gdyż... opowiedziałam i tak 3/4 całej opowieści. Jest to niewielka objętościowo bajka, gdzie na co drugiej stronie znajduje się krótki tekst napisany dużym fontem, a na pozostałych są piękne, barwne ilustracje odzwierciedlające historię. Muszę przyznać, że grają one pierwsze skrzypce i stanowią znaczną część tej książeczki. Gdyby nie one, nie byłoby sensu nawet zaczynać jej czytać. Miałam wrażenie, że autorzy potraktowali historię po łebkach, gdyż wszystko mknie na łeb, na szyję, niewiele tu treści, opisów, przeżyć czy emocji. Na palcach jednej ręki można policzyć co też przytrafiło się dzieciom. Swoją drogą, jest to też bajka, która pokazuje, że małe dzieci mogą samodzielnie podróżować, zwłaszcza tak długo i tak daleko, jak to ma miejsce w W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka, a wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku. Na pewno nie przekazuje wzorców moralnych, dobrych zachowań, a także innych wartości. Jedynie, co sugeruje ta opowieść to to, że warto walczyć o marzenia i je spełniać. Chociaż to też naciągana puenta. 

Osobiście nie poleciłabym tej bajki na prezent dla dziecka. Jako dodatek to może i tak, ale tylko i wyłącznie ze względu na ilustracje, które są naprawdę ładne. O kulturze Bhutanu jest tu niewiele, legend za dużo też tu nie naliczyłam, zresztą jest o nich tylko kilka słów. Nie są za bardzo rozwinięte. Według mnie, W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka autorstwa Sophie i Romio Shredtha, nie jest wartościową pozycją dla młodego czytelnika, nie wniesie zbyt wiele do ich życia, a i za bardzo nie umili czasu z nimi spędzonego. Sama historia jest za krótka, by można było się w nią wciągnąć, odkryć coś nowego. Na naszym rynku czytelniczym jest zdecydowanie więcej interesujących pozycji, chociażby już wcześniej wspomniane tu na blogu Bajki dla Marysi i Alicji Tomasza Sakiewicza.
Czytaj dalej »

"Miniaturzystka" Jessie Burton

Słyszeliście może o miniaturzystce? Osobie, która tworzy małe domki i miniaturowe mebelki. Nie zawsze są to rzeczy dla lalek. Coraz częściej można usłyszeć o ludziach, którzy spędzają każdą wolną chwilę na wykonywaniu tych małych mebelków, o nietuzinkowych kształtach, kolorach, dopasowują je do wnętrza małych domków czy mieszkań. Dla większości z nich nie jest to tylko sposób na łatwy zarobek, lecz pasja, którą wysoko sobie cenią. Jeżeli do tej pory nie spotkaliście się z tym zjawiskiem to zachęcam do przejrzenia przykładowych stron: La Scala oraz Small Dreams.



Osiemnastoletnia Nella Oortman wychodzi za mąż za Johannesa Brandta, zamożnego kupca. Ma nadzieję na lepsze, dogodniejsze i ciekawsze życie. W pewne październikowe popołudnie 1686 roku pojawia się w domu swojego męża w Amsterdamie, trochę niepewnie, ale z nutką ciekawości. Pierwsza przywitała ją siostra Johannesa - Marin, która już od pierwszych chwil była dla dziewczyny niezbyt miła, wręcz nieprzyjemna. Odnosiła się do niej z dystansem, dawała odczuć, że nie dorównuje jej poziomem i pochodzeniem. Mąż nie zaszczycił małżonki swoją osobą i gdyby nie upór osiemnastoletniej Nelli, nie wiadomo, kiedy by przyszedł się przywitać. Swój brak zainteresowania świeżo poślubioną kobietą próbuje zrekompensować wręczając prezent - replikę kamienicy, w której mieszkają. Od Marin Nella otrzymuje spis wszystkich rzemieślników w okolicy, a także czeki i pokaźną sumę, którą może wykorzystać do uzupełnienia prezentu ślubnego. Zadaniem dziewczyny jest wynajęcie osób odpowiedzialnych za umeblowanie domku. Przez dłuższy czas życie w nowym domu płynie spokojnie, niezaburzone niczym z zewnątrz. Aż do czasu, gdy wnętrze domku okazuje się być bardzo podobne do rzeczywistości... Kim jest miniaturzystka? Co za tajemnica spowija ten dom i mieszkańców?

Muszę przyznać, że sam opis brzmiał intrygująco. Do tego interesująca okładka przedstawiająca przykładowy dom, miniaturowe mebelki i ludzi. Okazało się, że historia przedstawiona przez Jessie Burton ma dużo wspólnego z prawdą! Pertronella Oortman żyła na przełomie XVII i XVIII wieku, a pierwowzór miniaturowego domu można znaleźć w Muzeum Państwowym w Amsterdamie. Wszystko to w pewien sposób przedstawiało coś tajemniczego, nieuchwytnego. Musiałam przeczytać Miniaturzystkę! Dlatego jak tylko powieść trafiła w moje ręce, usiadłam wygodnie na łóżku z kubkiem gorącego napoju i zaczęłam czytać.

Początek był dla mnie dość chaotyczny, mało zachęcający, niewzbudzający żadnych pozytywnych odczuć. Ciężko było mi go czytać, wdrążyć się w historię przedstawioną przez autorkę. Jednak nagle coś zaskoczyło, wszystkie elementy trafiły na swoje miejsce, a ja zaczęłam z coraz większym zainteresowaniem pochłaniać tę opowieść. Nie potrafię już nawet wskazać momentu, w którym przestałam irytować się, że tak opornie idzie mi czytanie, a zaczęłam coraz szybciej przewracać strony, by czym prędzej dowiedzieć się, co było dalej. Autorka stworzyła fascynującą opowieść, wciągającą, tajemniczą. Do tego posługuje się naprawdę pięknym językiem, który pomaga poczuć nam się jak bohaterowie XVII-wiecznego Amsterdamu. Bohaterowie okazali się być bardzo dobrze wykreowani, nietuzinkowi, tajemniczy, dość specyficzni. Nie potrafię wskazać dwóch podobnych postaci, bo takich tutaj nie ma. Wszystko jest wyjątkowe, piękne, fascynujące. Każdy z nich posiada swoją historię, która potrafi zaintrygować czytelnika.

W Miniaturzystce przewija się wiele wątków, jedne mniej, inne bardziej interesujące. Jednak najciekawszym z nich wszystkich jest ten główny, poświęcony replice kamienicy. Tworzenie miniaturowych mebelków, mieszkańców domku fascynowało mnie już od początku powieści. Podejście twórcy, a także samej Nelli do tego zjawiska było również ciekawe. Główny wątek był przeplatany z innymi, pobocznymi, dotyczącymi m.in. pracy Johannesa, spraw ważnych dla mieszkańców Amsterdamu. Jednak nie interesowały mnie tematy ekonomiczne czy przemysłowe. Były dobrze przedstawione, nie nudziłam się, aczkolwiek moje serce skradł temat powieści. To właśnie dla niego sięgnęłam po tę książkę i uważam, że autorce udało się bardzo dobrze go przedstawić. Jest tajemnica, trochę niepokoju, zdziwienia. Jest wszystko, co cenię sobie w książkach.

Może nie przedstawiam tego dość precyzyjnie, konkretnie, aczkolwiek nie chcę zdradzić zbyt wiele z fabuły powieści. Pomijając początkowe trudności z moim wczuciu się w historię, uważam, że Miniaturzystka jest wartościową pozycją. Fascynującą, nietuzinkową, dość specyficzną, ale wciągającą. Szkoda by było, gdyby przeszła bez echa, nie znalazła zwolenników. Jessie Burton potrafi pisać, to widać! Piękny język, barwne opisy, które przenoszą czytelnika do zupełnie innego świata. Wszystko tu jest na swoim miejscu. I pomyśleć, że jest to debiut autorki... Coś nie chce mi się wierzyć. A Was wszystkich zachęcam do przeczytania, bo Miniaturzystka nie jest lekturą łatwą, niezapadającą w pamięć. Ją trzeba przeczytać, przetworzyć, przemyśleć. To Wasze zadanie na najbliższy czas.

Zachęcam do sięgnięcia po trailer książki i bliższe przyjrzenie się domkowi dla lalek:



Miniaturzystka [Jessie Burton]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Pozytywnie nieobliczalni" Marcin Brzostowski

O prozie Marcina Brzostowskiego trochę już wspomniałam w przypadku recenzji Słodkiej bomby Silly, która to zaskarbiła sobie moją sympatię. Szczerze Wam polecam, bo powieść jest niesamowita. Również ciekawą pozycją okazała się być ta starsza, w zasadzie debiut autora - książka Pozytywnie nieobliczalni. Tematyka zupełnie inna, bohaterowie również, ale ma w sobie coś, że aż chce się czytać.

Głównymi bohaterami powieści są Marlon (Rafał) oraz Robert. Przyjaciele, prawnicy, a do pewnego czasu i współpracownicy jednej wielkiej kancelarii prawniczej w Warszawie. Nieoczekiwanie pewnego dnia Robert traci pracę, a Rafał zostaje przeniesiony do innego zespołu prawniczego, gdzie już od początku zapowiadają się kłopoty. Nadszedł czas wielkich zmian - nie tylko zespołu w pracy, ale także polityki funkcjonowania w niej, zmiany również w wymiarze godzin i znaczeniu poświęcenia się dla firmy. Praca zaczyna przypominać tę niewolniczą, a to budzi niemały bunt ze strony bohaterów. Z tego wyniknie na pewno coś ciekawego!

Pozytywnie nieobliczalni to powieść bardzo pozytywna i... nieobliczalna. Naprawdę! Bohaterowie są wyraziści, nietuzinkowi, mają swój specyficzny sposób bycia co tylko wzbudziło moją sympatię. Nawet czarnego charakteru w powieści nie da się nie lubić. Są to postacie, które choć mają wzbudzać w czytelniku niechęć, wzbudzają sympatię - swoim wyjątkowym sposobem bycia, samozaparciem, pomysłami. Nie brakuje tu intrygujących wydarzeń, ciekawych i błyskotliwych dialogów, przez co lektura tej powieści jest bardzo ciekawa i przyjemna w odbiorze. Wzbudziła we mnie wiele ciepłych, pozytywnych uczuć. Oczywiście wiele wspólnego ma też styl, w jakim została napisana. Spostrzeżenia autora odnośnie wykonywania pracy przez bohaterów, czasach, w jakich przyszło im żyć, a także wartości, jakimi się kierują i zmiana sytuacji, w jakiej się znaleźli. Marcin Brzostowski jest dobrym obserwatorem. Potrafi zauważyć coś, co nie jest widoczne na pierwszy rzut oka i wyciąga odpowiednie wnioski.

Powyższa książka jest napisana z humorem i odrobiną ironii, jednak bez zbędnej przesady. Łatwo przedobrzyć pisząc chociażby o polityce pracy, sposobu funkcjonowania, wartościach. Ale autorowi to nie grozi. Nie umoralnia, pokazuje kilka punktów widzenia w zależności od bohatera. Jest to też powieść, która zwraca na różnorodność wyborów, jakie musimy dokonywać przez całe nasze życie. Jedne z nich wydają nam się błahe, nic nieznaczące, a później okazuje się, że miały ogromne znaczenie na nasze ówczesne życie. Nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. W Pozytywnie nieobliczalnych czytelnik zostaje wręcz zmuszony do przyjrzenia się machinie wielkich korporacji, które kilkanaście lat temu dopiero rozpoczynały "rządy" w kraju, a teraz są ich stałym elementem. To jest nieodłączny element naszego życia, podobnie jak wybory - podążać własną ścieżką czy przejść na drugą stronę po wydeptanych i narzuconych z góry drogach.

Zachęcam do przeczytania, bo jest łatwa w odbiorze, przyjemna i zmusza do chociaż małej refleksji o tym jak było, jak jest i jak będzie, jeżeli nic nie zrobimy z naszym życiem. Podkreślę drugi raz, że autor nie umoralnia, nie narzuca swojego punktu widzenia, nie zmusza do obrania konkretnych strategii. Pozostawia nam wolną rękę w odbiorze, odnalezieniu przesłania, a także do tego, jakie wnioski z Pozytywnie nieobliczalnych wyciągniemy i jak będzie na nas to oddziaływać. 


Pozytywnie nieobliczalni [Marcin Brzostowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Labirynt Śniących Książek" Walter Moers


Pamiętacie pożar w Księgogrodzie (w Mieście Śniących Książek)? To właśnie wtedy Król Cieni zginął i wydawać by się mogło, że bezpowrotnie. Ale... Zaskoczył nas kolejny raz i pojawił się w najnowszej powieści Waltera Moersa. Dla mieszkańców nie jest to dobra wiadomość, bowiem pojawienie się Króla Cieni zwiastuje nowe kłopoty i dziwne wydarzenia. Zapomniałam wspomnieć, że miasto zostało odbudowane, pełne jest teraz przepychu, książek, pasjonatów literatury wszelkiej maści. Do tego nasz główny bohater, Hildegunst Rzeźbiarz Mitów otrzymuje tajemniczy list i za jego sprawą wraca do Księgogrodu, by zejść do katakumb Miasta Książek. Zaczyna się kolejna niebezpieczna i pełna przygód wędrówka.

Hildegunst wrócił do Księgogrodu po 200 latach, gdzie zaszło wiele zmian. Kto inny sprawuje władzę nad tym miasteczkiem, jego dawni znajomi albo osiągnęli Orma, albo wciąż są na drodze, by go zdobyć. A także część z nich podjęła się nowego zadania, nowej dodatkowej pasji. Tutaj wiele jest nowych rzeczy, wiele niejasnych, niesprecyzowanych. Miasto zaskakuje, choć bohaterowi wydawało się, że wie już o nim wszystko. Jednak sami bohaterowie zaskakują, a co dopiero sytuacje, jakie im się przytrafiają.

Autor kolejny raz stworzył niesamowitą historię, otoczkę, a także bohaterów. Intrygujące wplecenie znanych i cenionych pozycji oraz autorów, w zabawny sposób, sprawia, że lektura tej książki jest jeszcze przyjemniejsza. Kolejny raz wyśmienicie się bawiłam odkrywając, co też za nazwisko kryje się pod tym zlepkiem liter. Na końcu powieści znajduje się spis niektórych nazwisk, dzięki czemu możemy sprawdzić swoją wiedzę, umiejętności rozszyfrowania, a także znajomość tych twórców. Rzecz jasna nie jest to spis kompletny, gdyż tłumacz chciał zachować dla nas trochę rozrywki, a i część pseudonimów została już rozpisana w części pierwszej, więc nie było sensu ich powtarzać. Co tylko sprawia jeszcze większą przyjemność z lektury.



Spodobało mi się, że kolejny raz pojawiły się specyficzne ilustracje. Dzięki nim mogłam sobie wyobrazić jak dana postać wyglądała, do czego można ją porównać, czy w jakiej sytuacji się znalazła. Niekiedy były bardzo pomocne, innym razem stanowiły miły dodatek do powieści. Lubię takie przerywniki czy ozdoby w książkach, dzięki czemu moje oczy chwilowo odpoczywają od tekstu, a także poprzez samo urozmaicenie lektura jest ciekawsza.

Labirynt Śniących Książek jest kolejnym dowodem na to, że Walter Moers potrafi pisać, robi to znakomicie. Udaje mu się zachęcić czytelnika w dużym stopniu. Już od pierwszych stron historia mnie porwała i nie pozwoliła wziąć głębszego oddechu czy chwili przerwy. Jest to pozycja, którą pochłania się na raz, chłonie się stronę za stroną, zdanie po zdaniu, słowo po słowie. Do tego język jest bardzo poetycki, plastyczny, nietuzinkowy. Na pewno wyróżnia się na tle innych. A jakby tego było mało, historia urywa się w najciekawszym momencie. Aż ciekawość mnie zżera, co też wydarzy się w kolejnej części! Już nie mogę się doczekać.

A tymczasem wszystkich zapraszam do zapoznania się z tą fascynującą prozą, pełną intrygujących i niebanalnych przygód. Zresztą... Jest to obowiązkowa lektura dla każdego mola książkowego, fana Waltera. Jeżeli jeszcze nie znacie tomu pierwszego to czym prędzej radzę Wam nadrabiać, bo drugi jest także fascynujący!
Czytaj dalej »

"Bliżej Dalej" M.A. Trzeciak

Ci, którzy stronią od literatury polskiej są głupcami. Cudze chwalicie, swego nie znacie i inne takie bajery. Nigdy nie zależało mi specjalnie na tym, co czytają inni, nawet specjalnie nie drażnił mnie fakt, że omijają polską literaturę. Tyle tylko, że książkę, o której chcę Wam napisać, musi usłyszeć jak najwięcej ludzi. Dlaczego? Bo jest świetna, łączy jawę ze snem, autorka zręcznie wplata elementy świata fantastycznego do tego rzeczywistego, a do tego fabuła jest tak dobrze skonstruowana, że nie chce się przerywać jej czytania. Do tego kilka przesłań i literatura robi się nam naprawdę wartościowa. Takiej pozycji nie może nikt przegapić, gwarantuję.

Źródło: Blog Trzeciak
Poznajemy trzy odmienne kobiety - Ritę, perkusistkę z charakterem i do tego uzależnieniem od papierosów i alkoholu, Matyldę - wegankę, która próbuje dać dobry przykład i udziela się społecznie oraz Stellę - kobietę o chłopięcej sylwetce, która od dłuższego czasu zmaga się z bezsennością. Wszystkie trzy dzieli wiele, łączy jedno - wspólny ojciec. Spotykają się w domu swojej ciotki, gdzie spędziły dzieciństwo i z którym mają wiele wspomnień. Okazuje się, że nie będzie to takie zwyczajne spotkanie, w końcu bez ważnego powodu nie zostałyby ściągane z różnych zakątków świata do domu Adaleny. Dziewczyny zjawiają się na pogrzeb swojego ojca, który nie będzie należał do zwyczajnych i najłatwiejszych...

Choć mój opis brzmi dość... mało zachęcająco to wiedzcie, że tylko dlatego, by nie zdradzić Wam całej historii. A byłoby co zdradzać, bo dzieje się wiele i to rzeczy, których nie jesteście w stanie przewidzieć. Już na samym początku można wiele razy wybuchnąć śmiechem za sprawą Rity, która nie dość, że jest specyficzną bohaterką to z dużym poczuciem humoru (nierzadko czarnego, ironicznego). Jest to też chyba najwyraźniejsza postać w całej powieści, która napędza akcję, ale też trzyma ją w ryzach. Choć nie świeci przykładem w dobrych manierach (w tym zdecydowanie lepsza bywa Matylda) to jednak wydaje mi się być najbardziej odpowiedzialną osobą. Co innego Stella, która nie raz i nie dwa pakowała się w kłopoty z powodu jedynej i idealnej miłości. Nie mogę powiedzieć, by którakolwiek z bohaterek była po prostu zwyczajna. I nie mam na myśli drzemiącego w nich daru, który Adalena planuje rozbudzić. Siostry dzieli pochodzenie, miejsce zamieszkania, wygląd, zainteresowania, sposób życia, charakter, łączy natomiast ojciec, który od zawsze lubił skakać z kwiatka na kwiatek. Nie jest tajemnicą, że Adalena, jego żona, przygarniała do siebie każdą z kochanek męża, a na dodatek pocieszała je! Macie rację, dziwna z niej kobieta, na pewno bardzo tajemnicza, odważna. Jest postacią, którą albo się lubi albo nienawidzi. Podobała mi się tajemniczość osnuta wokół niej i jej towarzyszek, natomiast odkrywanie przez nią kart niekiedy działo się zbyt wolno i potęgowało moją irytację.

Autorka napisała powieść w nurcie realizmu magicznego, który coraz bardziej zaczynam doceniać. To tu ścierają się dwa światy, tak bardzo od siebie odmienne - jawa i sen. Czytając Bliżej Dalej miałam problem, by w niektórych momentach określić, czy wydarzenia, które mają miejsce można zaliczyć do świata realnego, czy jest to już ingerencja świata fantastycznego. I dwa, kiedy została przekroczona ta granica. To udowadnia, że Marta Trzeciak ma talent do budowania akcji, tworzenia intrygującej fabuły, a do tego potrafi wszystko ładnie ze sobą połączyć, by tworzyło spójną i nierozerwalną całość. Naprawdę trudno byłoby rozdzielić pojedyncze wydarzenia, bo granica między światami została zatarta. Do tego zostało poruszonych wiele kwestii - rodzina, dom, relacje międzyludzkie (wszelakie, począwszy od tej między kobietą a mężczyzną, żoną a mężem, siostrami, przyjaciółmi...), marzenia, dążenia do celu, poświęcenie i wiele, wiele innych. Tej książce nie można na pewno zarzucić tego, że została przesadzona, czy zbyt wiele treści w niej zostało zawartych. Może w ogólnym odczuciu tak, ale to wszystko tak dobrze ze sobą współgra, ładnie się komponuje, że ogrom wątków, poruszonych kwestii nie dziwi i nie zaburza samej historii. 

W powyższej książce odnalazłam wiele, dużo sobie uświadomiłam, sporo refleksji mnie naszło. Dzięki historii trzech przyrodnich sióstr można wiele docenić w swoim życiu. Nie wiem, czy właśnie o to chodziło Marcie Trzeciak, jednak książka spełniła swoje zadanie - książka umiliła mi czas, zaszokowała, rozbawiła, uświadomiła pewne sprawy i pozwoliła uwierzyć jeszcze bardziej w siebie. Jestem pewna, że każdy z czytelników odnajdzie w niej coś zupełnie innego, tak bardzo intymnego, że słowa są zbędne. Mam tylko nadzieję, że Bliżej Dalej nie zostanie zapomniane w gąszczu pozycji, które zasypują nasz rynek czytelniczy i ludzie będą coraz chętniej i tłumniej po nią sięgać. Jest tego naprawdę warta.


Bliżej Dalej [M.A. Trzeciak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli" Ałbena Grabowska

O Ałbenie Grabowskiej jest coraz głośniej w naszym czytelniczym światku. Ostatnio wydała dwie książki, które zaskarbiły sobie sympatię czytelników. W planach ma kolejne. Na swoim blogu recenzowałam Coraz mniej olśnień oraz całkiem niedawno Lot nisko nad ziemią. Miałam okazję przeczytać Stulecie Winnych... i choć nie przepadam za tematyką wojenną to powieść bardzo mnie pochłonęła.

Czerwiec 1914 rok. Podczas porodu bliźniaczek, Anny i Marii, wynikły pewne komplikacje i w skutek tego umiera ich matka. To dopiero początek tragedii, jaka spada na rodzinę Winnych. Stanisław opłakuje swoją żonę i jednocześnie stara się jak najlepiej wychować swoich synów i córki, z pomocą własnych rodziców. Jednak utrudnia to fakt, że zbliża się wojna, a także epidemia hiszpanki. Już na samym początku rozdziela członków rodziny, kaleczy ich, okrada. Mimo przeciwności losu, rodzinna Winnych stara się trzymać razem.

Muszę przyznać, że opis brzmiał dość intrygująco. Pomijam już fakt, że za tłem historycznym nie przepadam, zazwyczaj mnie to odrzuca od przeczytania danej pozycji. W tym wypadku imię i nazwisko autorki, a także moje wrażenia po innych jej książkach sprawiły, że i tę musiałam przeczytać. I nie żałuję, bo pochłonęła mnie od pierwszych stron i nie pozwalała przerwać nawet na moment. Siłą woli starałam się czytać ją wolno, robiłam przerwy, zabierałam tylko do pociągu, by jak najdłużej czytać. I już teraz mogę stwierdzić, że z trzech książek, które przeczytałam tej autorki to właśnie ta jest moją ulubioną. Nie brakuje jej niczego. Jest ciekawa i wciągająca akcja, są dobrze wykreowani bohaterowie, wiarygodne wydarzenia, a także napięcie utrzymujące się od pierwszej do ostatniej strony.

Podobało mi się to, że już na samym początku coś się dzieje. Autorka co jakiś czas wzmacniała fabułę, przyspieszała akcję, nagle ją zmieniała, przez co trudno było przewidzieć, co wydarzy się za chwilę. Gdy czytelnik ma wrażenie, że trafił na sielankowy moment to po chwili cała fasada burzy się za sprawą tragicznego wydarzenia. Bardzo podobał mi się ten zabieg, który sprawił, że lektura stała się jeszcze bardziej interesująca i warta przeczytania. Do tego sam pomysł, aby umieścić dzieje rodziny Winnych w czasie wojen był bardzo dobry. Nie jest słodko, nie jest sielankowo, za to wiarygodnie i ciekawie. Do tego kreacja bohaterów, ich portrety psychologiczne bardzo dobre. Widać, że autorka sporo czasu poświęciła na ich dopracowaniu. Dzięki temu możemy jasno określić, jakie uczucia wywołują w nas bohaterowie, z kim się utożsamiamy, kogo wspieramy, a za kim nie przepadamy. Oczywiście opisy postaci są tak skonstruowane, że to czytelnik sam musi określić, czy daną postać darzy sympatią czy nie. Ałbena nie narzuca tego nikomu, stara się być obiektywna na tyle, na ile się da. I słusznie!

Ałbena Grabowska starała się także przybliżyć nam przeróżne relacje, jakie zachodzą między bohaterami. Chyba najbardziej skomplikowaną była ta łącząca Anię, Manię i Pawła, a najmocniejszą ta trzymającą razem bliźniaczki. Choć wszystko robiły razem, uzupełniały się i były do siebie podobne to jednak przy bliskim poznaniu każda z nich była wyjątkowa i niepowtarzalna. Rude, ale jedna z włosami kręconymi, druga prostymi. U jednej z nich na ciele było mnóstwo piegów, u drugiej się to nie rzucało w oczy. Jedna była inteligentna, stanowcza, druga również mądra, ale bardziej wybuchowa. Można doszukiwać się wielu różnic między nimi, jednak niezaprzeczalnym faktem jest to, że w powieści stanowiły specyficzną całość. Trudno było mówić o Ani nie wspominając o Marii i odwrotnie. Jeżeli chodzi o relacje to podobało mi się ujęcie tych między Stanisławem a synami. Stanisław nie był człowiekiem gadatliwym, zbyt otwartym, jednak potrafił dogadać się z synami i niekiedy nawet bez słów dawać im przykład, przekazywać wartości. To wszystko trzeba samemu przeczytać i przekonać się, jak silna potrafi być rodzina, mimo przeciwności losu.

Jedyną wadą Stulecia Winnych jest to, że tak szybko się kończy i na dodatek w takim momencie! Muszę poczekać na wydanie drugiego tomu, ale już się niecierpliwię. Co wydarzy się dalej? Jak będzie wyglądało życie Ani i pozostałych bohaterów? Żałuję tylko, że zaczęłam czytać powieść w chwili, kiedy jeszcze nie zostały wydane wszystkie tomy. Przez to jestem skazana na czekanie. Ale wiedzcie, że warto! I popełnicie błąd, jeżeli sami po tę książkę nie sięgniecie!


Stulecie winnych [Ałbena Grabowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety" Mark Helprin

Prozę Marka Helprina znam już z Zimowej opowieści, która to zauroczyła mnie swoją magią, wielowątkowością, wnikliwością i intrygującymi opowieściami. Tym razem przyszedł czas na Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety, po której spodziewałam się naprawdę wiele, choć nie wiedziałam co zastanę. Czy tym razem autor również mnie zauroczył? Zaczarował? A może zniechęcił do czytania kolejnych jego pozycji? Jak ma się promocja do rzeczywistości? 



Pierwsze co mam do zarzucenia Markowi to to, że uważa kawę za napój wstrętny i niezdrowy. Nie mogę się z nim zgodzić. Może rzeczywiście w dużych ilościach może być szkodliwy, ale w końcu jak wszystko, co spożywamy. Według mnie ten czarny trunek jest niesamowitym przeżyciem rano, a także ostatnią deską ratunku przed egzaminami, gdzie oczy same mi się zamykają, a tyle jeszcze wiedzy do przyswojenia. Wtedy pomaga mi nie napój energetyzujący (choć to też), ale kawa - czarna magia, która pobudza nasz umysł i kubki smakowe. Tak, uwielbiam jej smak, chociaż jestem bardzo wybredna. Co dziwniejsze, wydawnictwo sobie z nas trochę zakpiło umieszczając na okładce filiżankę (najprawdopodobniej) z kawą. O! Dobrze, teraz mogę zacząć od przybliżenia Wam o czym tak naprawdę jest ta książka.

Historia, którą uraczył mnie, a być może wkrótce niektórych z Was, jest dość intrygująca. Oscar Progresso, główny bohater powieści jest Amerykaninem mieszkającym w Brazylii, który ma do opowiedzenia wiele i robi to. Codziennie, na szczycie góry, spisuje swoje wspomnienia i chowa je do mrówkoszczelnej kasety. Przybliża nam swoje życie krok po kroku, wracając pamięcią do bombardowania niemieckich samolotów, głębokiego uczucia do miliarderki, pobytu w szpitalu psychiatrycznym czy zabójstwa, które zostało popełnione w obronie własnej. To tylko niektóre urywki z życia tego intrygującego, ale też odważnego człowieka. Swoją kartę życia ma wypełnioną po brzegi, ale z miejscem na kolejne wydarzenia zmieniające jego wnętrze. Jest jednak jedna rzecz, która ogrywa ważną rolę w tym wszystkim. Kawa

Odnoszę wrażenie, że Mark Helprin tworząc postać Oscara potrzebował powodu, dla którego mógłby napisać o kawie. Naprawdę. Może nie ma jej w tej powieści bardzo dużo, ale odgrywa znaczącą rolę. Tym razem nie mamy do czynienia z magią, którą w Zimowej opowieści zaserwował nam autor. W Pamiętniku z mrówkoszczelnej kasety uraczył nas realizmem, w nieco satyrycznym i ironicznym wydaniu, niemniej bardzo ciekawym. Choć wiadomości ze świata z XX wieku jest tu sporo to wszystko podane w przystępny i interesujący sposób. Do tego wspomnienia głównego bohatera nie są przedstawiane chronologicznie, co dopiero na koniec powieści daje nam konkretny pogląd na wszystkie wydarzenia. Nie brakuje tu krytyki dziejów z tamtego okresu, wyszydzania, poniżania i obnażania niektórych poglądów, panujących stereotypów, przeświadczeń. Czas pełen niedomówień, niedających się sklasyfikować zdarzeń.

Taki też jest Oscar Progresso. Postać tajemnicza, niekiedy kontrowersyjna, którą można polubić lub znienawidzić już na starcie. Dobrze wykreowany, stanowi podstawę książki, utrzymuje historię w ryzach, jest swoistą klamrą kompozycyjną. Jest elementem stałym, choć zmiennym. Paradoks? Być może, ale trzeba sięgnąć po Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety aby się przekonać, o co tak naprawdę chodzi. Całej historii nie da się streścić w kilku zdaniach. Nie da się opisać, o czym dokładnie jest, jakie kwestie porusza, jakie ważne elementy zawiera, bowiem powieść ta oddziałuje na czytelnika z całą mocą. Na każdego z nas zadziała zupełnie inne wspomnienie bohatera. Najciekawsze jest to, że choć po raz pierwszy wydana została w 1995 roku to tematy w niej poruszane są aktualne także dziś, w XXI wieku i nie straciły na swej mocy.

Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, czy moja przygoda z Markiem Helprinem i teraz należy do udanych. Wciągnęłam się w tę historię znacznie bardziej niż można było przypuszczać, ale jednak coś nie zaiskrzyło. Może to kwestia kawy, do której autor próbował mnie zniechęcić? Wiem, że był to zamierzony i określony zabieg, niemniej sprawił, że nie mogłam w stu procentach utożsamić się z bohaterem, razem z nim przeżywać tego wszystkiego. Owszem, książka była pretekstem do przemyślenia pewnych kwestii, była powodem do chwili zadumy nad dawnymi i obecnymi czasami. Potrzebowałam takiej lektury, właśnie na taką czekałam, toteż odbieram ją dość pozytywnie. Polecam Wam, bo to przygoda niesamowita, pod wieloma względami.


Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety [Mark Helprin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Lot nisko nad ziemią" Ałbena Grabowska


Autorka zauroczyła mnie swoim stylem i pomysłami już w powieści Coraz mniej olśnień, która to wciągnęła mnie od pierwszych stron i nie pozwoliła odejść od niej na chwilę, aż do przerzucenia tej ostatniej. Podobnych odczuć oczekiwałam względem Lotu nisko nad ziemią i otrzymałam znacznie więcej.

Weronika już od najmłodszych lat żyła w przekonaniu, że nie powinna się wyróżniać. Jej rodzice robili swoje i według jej ojca, wychodzili na tym lepiej niż ci, którzy w jakiś sposób wyróżniali się w tłumie. Żyła mając świadomość, że nie wolno mierzyć zbyt wysoko, być za bardzo ambitną, nie wolno jej było realizować swoich marzeń, jeżeli wybiegały poza "normalność", która oznaczała życie w cieniu. Miała robić to, co rodzicie jej kazali, gdyż chcieli dla niej dobrze. Postawiła się raz, gdy przyszedł czas wyboru szkoły. Gdzie jej tam do liceum kolejowego, jej marzyło się przedszkole! Praca z dziećmi to coś, co ją kusiło i wydawało jej się, że spełni jej oczekiwania względem siebie. I tak skończyła odpowiednie szkoły i zaczęła pracę w przedszkolu. To tam poznała swojego męża, z którym miała poukładane życie. Tylko własnego dziecka nie mogli się dorobić, co spowodowało małą rysę na ich życiu. Pogłębiła się w chwili, kiedy Sławek ulega wypadkowi samochodowemu, a wkrótce potem umiera w szpitalu. Weronika musi nauczyć się żyć na nowo.

Ałbena poruszyła w książce dużo ważnych kwestii. Począwszy od tego, że ludziom lepiej żyje się w czyimś cieniu, nie wyróżniając się z tłumu w obawie, że ich prawdopodobna porażka będzie wystawiona na szyderstwa publiczności i/lub nie warto mierzyć wyżej niż przeciętnie, gdyż jest to nieopłacalne. Takie myślenie często zabija w ludziach wolę walki, realizowanie celów, spełnianie marzeń. Tacy ludzie nie żyją pełnią siebie, lecz prześlizgują się przez życie myśląc, że tak jest bezpieczniej. Może i tak, ale co z tego mamy? Czy to sprawia, że jesteśmy szczęśliwi? Drugą stronę pokazała na przykładzie Weroniki, która postanowiła na siebie, swoje marzenia, na męża, który przecież wyróżniał się z tłumu i tego chciał. Niestety nie wszystko idzie po naszej myśli i los często komplikuje proste sprawy. Brak potomka, później wypadek Sławka i jego szybka śmierć sprawia, że nasza główna bohaterka załamuje się i ma ochotę skończyć ze sobą. Jednak nie żałuje tego, że postawiła w życiu na siebie, swoje małżeństwo i wymarzoną pracę w przedszkolu. Choć przez chwilę była spełniona, szczęśliwa. Kolejnym zagadnieniem jest depresja wywołana traumatycznym przeżyciem, jakim była śmierć jej ukochanego. Fazy jej załamania, chwile poprawy, chęć życia na nowo. Jednak w sercu zawsze pozostaje zadra zostawiona przez los.

Autorka napisała bardzo wciągającą i życiową powieść. Nie brakuje tu przypadków tak dobrze nam znanych z własnego życia czy z telewizji. Nie moralizuje, po prostu pokazuje życie z różnych perspektyw, różne przypadki, sytuacje, które mają duży wpływ na nasze życie. Weronika jest postacią dobrze wykreowaną, która choć wie, czego od życia chce to w pewnym momencie pogubiła się i zapomniała o sile walki. Brakowało jej motywacji, a brak oparcia ze strony rodziców i teściów dodatkowo przytłoczył. Podobało mi się także to, że rodzice Weroniki byli wykreowani na prostych ludzi, którzy nie mierzą wysoko, ale przez całe życie wyznają tę samą maksymę. Żyją na uboczu, jakby pozbawieni głównego sensu. Jednak na swój sposób są szczęśliwi. Podobało mi się to o tyle, że nie były to postacie chwiejące się na wietrze, zmieniające swoje poglądy z chwili na chwilę. Była to pewna stała, od której wychodziła postać Weroniki i to na nich bazowała swoje poglądy, które później ulegały zmianie.

Lot nisko nad ziemią porusza wiele ważnych kwestii, ale nie moralizuje. Czytelnik wyniesie z tej lektury wiele życiowych lekcji, uświadomi sobie, co dla niego jest ważne, lub co ważne powinno być. Poznajemy tu wiele perspektyw, mamy ogląd na jedną sprawę z różnych stron co pozwala nam obrać własne stanowisko. Do tego wszystko napisane ładnym językiem. Historia trzymająca w napięciu od początku do końca. Nie brakowało tu momentów ciekawych, zaskakujących, szokujących i traumatycznych. Były zabawne i błyskotliwe dialogi, ciekawe spostrzeżenia. Mimo wielu wątków wszystko ze sobą spójne, tworzące jedność. Historia Weroniki jest jest pozbawiona iskry, nie wieje nudą, nie wszystko jest przewidywalne. Polecam, bo Lot nisko nad ziemią nie jest kolejną obyczajówką, jakich wiele na naszym rynku. Po jej przeczytaniu nie pożałujecie, że spędziliście z nią kilka godzin.


Lot nisko nad ziemią  [Ałbena Grabowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Francuski szyk! Zostań własną stylistką" Isabelle Thomas, Frédérique Veysset

Moda odgrywa ważną rolę w Waszym codziennym życiu? Idziecie za nią krok w krok, czy może eksperymentujecie? Jesteście na bieżąco z obecnymi trendami, czy może idziecie własną drogą, a o modzie nie macie żadnego pojęcia? Muszę przyznać, że do tej pory nie przywiązywałam zbyt dużej uwagi do ubioru, dodatków, rodzajów tkanin. Ale to się zmieniło. Dostrzegłam, że źle się czuję w niektórych materiałach, fasonach, kolorach, a do tego część z nich do siebie w ogóle nie pasuje. Potrzebowałam motywacji, by to zmienić, a także wiarygodnego źródła. Tym sposobem do moich rąk trafił "Francuski szyk!".

Poradnik ten został stworzony przez Isabelle Thomas Frédérique Veysset. Kobiety te zgodnie stwierdziły, że warto wydać książkę, w której pokażą, na czym tak naprawdę polega francuski szyk, ile z niego możemy czerpać, co jest dla nas dobre, czego unikać, co z czym można łączyć. Treść podzieliły na 14 rozdziałów, w których jest mnóstwo wskazówek, rad, ciekawych informacji, wywiadów, a także mnóstwo barwnych zdjęć, które pokazują niektóre trendy, zestawienia kolorystyczne. 192 strony interesującego materiału, z którego każdy znajdzie coś dla siebie.

Na początku autorki starają się ogólnie przybliżyć nam francuski styl - co to takiego jest, co z czym się łączy, na czym on polega. Francuzki do perfekcji opanowały zestawienia, które przeszły do historii. Do dnia dzisiejszego są ikonami mody, to na ich stylu wzorują się sławni projektanci, a także zwyczajni ludzie, którzy codziennie dobierają strój do własnej osobowości i roli, jaką przyszło im odgrywać. Ubiór to przede wszystkim dopełnienie naszych osobowości. Tworzymy całość. To nie tak, że eksperymentując, szukając własnego stylu, robimy z siebie nowych ludzi - kluczem jest znalezienie w sobie mocnych i słabych stron, a potem odpowiednie ich zamaskowanie bądź wyeksponowanie właśnie za pomocą ubrań. To nie kolejny kostium teatralny, a nasza skóra. Francuzki są idealnym przykładem, jak stworzyć niewymuszony ubiór, lekki, zwinny, ale odpowiednio dopasowany do samego siebie.


To właśnie w tym poradniku, drogi Czytelniku, dowiesz się, że nie każdy materiał jest dobry dla naszej skóry. Nie każdemu jest ładnie w tym samym fasonie, kolorze, rodzaju tkaniny. Nasza figura i typ skóry odgrywają bardzo ważną rolę. Osoby puszyste lub z nadwagą, a także zwiększoną potliwością na pewno powinny unikać materiałów sztucznych, nieprzewiewnych. Ponadto Isabelle i Frédérique na przykładach pokazały różne zestawy, w których do twarzy większości z nas, a także to, co można ze sobą łączyć, a czego nie. Uświadomiły mi, a także i uświadomią Wam, że nasze nawyki ubraniowe nie zawsze są dobre i ładnie się prezentują, choć wydaje nam się, że robimy wszystko tak, jak należy. Niektóre materiały nie powinny być ze sobą łączone, bo choć z daleka ich fasony ładnie się ze sobą komponują, tak przy bliższym spotkaniu okazuje się, że rodzaj tkaniny już nie bardzo.

"Francuski szyk! Zostań własną stylistką" to poradnik pełen zdjęć, ciekawostek, porad, przykładów, dzięki którym uświadomiłam sobie, co robiłam źle, a co dobrze. Wyniosłam z niego wiele cennych wskazówek, które zaczęłam wdrążać i muszę przyznać, że od razu widzę efekty. Teraz nie boję się eksperymentować, bo to, co wcześniej wydawało mi się absurdalne, okazało się całkiem miłe dla oka i naszego ciała. Jak najbardziej polecam, nawet tym, którzy nie przepadają za modą, albo uważają, że wiedzą już wszystko. Jeżeli rzeczywiście nie znajdziecie tu nic, czego byście już nie wiedzieli to chociaż nacieszycie oko barwnymi zdjęciami.
Czytaj dalej »

"W cieniu winorośli" Kathie DeNosky, Eileen Wilks

Czasem w życiu potrzebuję książek, które kończą się happy endem, dodadzą otuchy, nadziei, ale przy tym nie zmiażdżą mnie ładunkiem emocjonalnym. Właśnie do takich pozycji należy W cieniu winorośli - dwa opowiadania, dwóch autorów, ale jedno miejsce wydarzeń. 

Pierwszy tekst autorstwa Eileen Wilks opowiada historię losów Cola Ashtona, który zatrudnił artystkę do stworzenia logo i portretów właścicieli winnicy. Sprawy się nieco komplikują, gdy na jaw wychodzi fakt, że zatrudnioną artystką jest kobieta, która kiedyś skradła mu serce i pozostawiła w żalu. Dixie McCord jest świadoma od kogo otrzymuje zlecenie, także świadomie wchodzi na niepewny grunt.

Drugie opowiadanie jest jakby kontynuacją losów rodziny Ashtonów. Tym razem poznajemy Abigail Ashton, która przyjeżdża do winnicy w celu poznania rodziny, o której niedawno się dowiedziała. Początkowa niechęć do członków rodziny zaczyna się przełamywać, a nieco wspólnego ma z tym Russ, z którym dziewczyna spędza coraz więcej czasu.

To prawda, fabuła żadnego z tych opowiadań nie brzmi dość intrygująco, a na pewno nie ambitnie. Jest to literatura niezbyt wysokich lotów, typowa do odstresowania się, zapomnienia o szarej rzeczywistości. Historie są proste, niezbyt skomplikowane w swojej istocie, ale takie też miały być. Portrety psychologiczne bohaterów zostały dość szczegółowo przedstawione, przez co Czytelnik nie ma wrażenia, że autorzy napisali je na szybko i bez przemyślenia. Z postaciami można się identyfikować, darzyć sympatią lub wręcz odwrotnie. Część wydarzeń, które mają miejsce w tej książce wymaga od nas małej refleksji, jednak nie przygniatają nas, nie odbierają zmysłów, nie wprowadzają w konsternację. Jak na romans łatwo też przewidzieć zakończenie, które oczywiście skończy się happy endem. Jednak po drodze bohaterowie Smaku kalifornijskiego wina oraz Zielonych winogron natkną się na kilka problemów, z którymi będzie niekiedy im trudno się zmierzyć. Nie wszystko pójdzie po ich myśli, los potrafi z nich zadrwić.

Jeżeli masz ochotę na relaksującą powieść, która nie będzie wymagała od Ciebie wysiłku, ale miło spędzisz z nią czas to W cieniu winorośli jak najbardziej jest lekturą dla Ciebie. Wciąga już od pierwszych stron, szybko się czyta, jest napisana prostym językiem. Oczywiście są to zalety takich pozycji. One mają bawić, relaksować, a niekoniecznie uczyć. Zachęcam, bo książka Kathie DeNosky i Eileen Wilks jest idealna na jesienną porę... I nie tylko.

W cieniu winorośli [Eileen Wilks, Kathie deNosky]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Zamknięte drzwi" Zofia Wójcik

Zastanawiam się, dlaczego wciąż sięgam po książki, które sprawiają mi emocjonalny problem. Pozycje, które poruszają tematy, o których lepiej nie czytać. Powieści, które traktują o krzywdzie człowieka, wzbudzają w nas niepokój, pokazują naszą bezradność. Książki, których nie da się źle ocenić ze względu na poruszaną tematykę. Takie, które nie dodają nam otuchy, lecz przygniatają niczym głaz. W literaturze szukam pocieszenia, dobrego humoru, przeważnie. A mimo to dalej sięgam po takie pozycje jak "Zamknięte drzwi" Zofii Wójcik.

Natalia Kaszub od lat mieszka w Anglii. Ma własną rodzinę, mieszkanie, pracę, względnie poukładane życie. Na pierwszy rzut oka nic jej nie trapi, nie męczy. Jednak przypadkowe spotkanie z dawną znajomą i szczera rozmowa budzą w niej demony przeszłości. To, co przez lata starała się ukryć wychodzi na jaw i zaczyna męczyć. Koleżanka podsuwa jej myśl o terapii oczyszczającej - miałaby pogodzić się z przeszłością pisząc książkę, w której wyrzuciłaby z siebie wszystkie żale, krzywdy, jakie jej zadano.

Moja matka mówiła do mnie "ty kurwo", a ja miałam zaledwie siedem lat i nie rozumiałam, dlaczego tak strasznie mnie nienawidzi. Gdyby przyznawano nagrody za znęcanie się, matka dostałaby Nobla. Była mistrzynią w tej dziedzinie. [s.11]

Natalia była niechcianym dzieckiem. Wpadką. Niemiłą niespodzianką. Zbędnym balastem. Problemem. To nie od matki otrzymała pierwszy czuły gest, nie od niej poczuła tę matczyną miłość. To ojciec zawsze przy niej był. Otoczył miłością, opieką. Starał się zrekompensować straty psychiczne i moralne, chciał kochać za dwoje. Swoją miłością próbował przyćmić nienawiść żony do własnego dziecka. Dziewczynka od najmłodszych lat była bita, poniewierana, poniżana. Znęcała się nad nią matka i starsze rodzeństwo, głównie siostra Wandzia, która w oczach matki urastała do bóstwa. Wandzi nikt nie mógł tknąć, ona nie mogła sprzątać, prać, gotować, robić w polu, nie wypadało jej brudzić rąk, ubrań. Musiała się uczyć, nie trudzić ciężką pracą, ale czekać na mężczyznę, rzecz jasna bogatego, który zechce ją poślubić. To Natalia była od ciężkiej pracy i najgorszych czynności. Jednak najgorsze zaczęło się w chwili śmierci ojca dziewczynki. Została sama.

Powieść ta jest przepełniona bólem i tęsknotą. Już od pierwszych stron można wyczuć, jak ciężko było żyć Natalii. Była samotna, niekochana, nienawidzona przez bliskich. A to dlatego, że urodziła się wbrew woli matki. Póki żył ojciec życie było znośne. Ale ile może znieść kilkuletnia dziewczynka? Ile batów musi przyjąć, ile obelg, pogardliwych spojrzeń, nim zbierze się w sobie, podniesie i udowodni, że nie zasługuje na takie traktowanie? Ile czasu potrzeba, by zdobyć się na odwagę lub złamać całkowicie? Nikt nie zasługuje na taki los. A najgorszym faktem do zniesienia jest ten, że te ciosy otrzymywała od najbliższej rodziny. Nieważne jak bardzo się starała, życie i tak dało jej po tyłku. 

"Zamknięte drzwi" pisane są jakby dwutorowo. Mamy okazję poznać Natalię obecnie i tę z dzieciństwa. Poznajemy jej myśli, zapiski tworzone w ramach terapii. To, co nam serwuje bohaterka nie jest łatwe. Wiele razy musiałam odkładać tę historię na bok by ochłonąć, zebrać myśli i siły, aby czytać dalej. Nie jest to łatwa lektura, zmusza do refleksji, obdziera społeczeństwo, zrzuca maski, za którymi kryją się oprawcy. Powieść Zofii Wójcik udowadnia, że pod maską olśniewającego uśmiechu może kryć się bolesna przeszłość, niekiedy tragiczna w skutkach. Życie nie zawsze jest tak kolorowe, jak się nam wydaje. Jest wiele rodzin, które w ten sposób funkcjonuje. I chyba właśnie to jest najstraszniejsze. To, że ta historia mogła wydarzyć się naprawdę. To, że nie raz i nie dwa słyszy się o tym w wiadomościach.

Zofia Wójcik postawiła na prosty, dosadny przekaz. Nie szczędziła od wulgarnych zwrotów, jakimi raczyła Natalię matka. Nie ma tu poetyckich słów, uniesień, pięknych metafor. Autorka posługuje się językiem prostym, ale nie prostackim. Zna umiar, jednak zachowując realizm. "Zamknięte drzwi" nie są lekturą obszerną. Liczy sobie zaledwie 166 stron, jednak przepełnionych bólem, tęsknotą, niedowierzaniem. Czytając pojawia się myśl, iskierka nadziei, że taka historia nie wydarzyła się naprawdę. Ale życie nie spełnia naszych zachcianek...



Zamknięte drzwi [Zofia  Wójcik]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"W słusznej sprawie" Diane Chamberlain

Diane Chamberlain została okrzyknięta drugą Jodi Picoult. Po części się z tym zgadzam, po części nie. Owszem, również pisze świetne powieści obyczajowe, z trudnym tematem w tle, dobrymi portretami psychologicznymi, ale ich style się od siebie różnią i tylko jedna z nich umieszcza każdą sprawę w sądzie. Jednak jedna i druga potrafi mnie tak zainteresować, że trudno między nimi wybrać.



Czasem postępowanie zgodnie z własnym sumieniem może przynieść więcej pożytku niż ścisłe trzymanie się zasad, norm, kodeksów. Jane postanowiła podjąć pracę jako opiekunka społeczna. Nikt nie wierzył w nią, jej możliwości, zapał do pracy, chęć niesienia pomocy. Do tego jej własny mąż nie jest przekonany, czy aby słusznie robi w ogóle podejmując jakąkolwiek pracę. Jest lekarzem, a co za tym idzie, według niego nie powinna pracować, bo sam dobrze zadba o dom i rachunki. Mimo przeciwności, Jane postanawia zawalczyć o swoje marzenia i podjęła swoją pierwszą pracę. Pod opieką ma kilka rodzin, jednak to jedna z nich wzbudza w niej najwięcej emocji. Ivy, jedna z jej podopiecznych żyje w skrajnej biedzie z starszą siostrą, jej dzidziusiem i babką. W kraju, w jakim przyszło im żyć panuje przekonanie, że takie rodziny nie są w stanie utrzymać siebie, a do tego nowych członków rodziny, a rząd nie będzie wykładał na nich pieniędzy. W Karolinie Północnej powstał program, który ma doprowadzać do sterylizacji młode, płodne kobiety, w celu zapobiegnięciu ciąży. Jane, na czele opieki społecznej, musi zapobiec ciąży Ivy dzięki sterylizacji. Jednak sytuacja wymyka się spod kontroli, gdy na jaw wychodzi, że dziewczyna jest w stanie błogosławionym. Co w tym wypadku zrobi kobieta? Czy postąpi zgodnie z przepisami i obowiązkami pracownicy socjalnej, czy może postąpi zgodnie z własnym sumieniem i tym samym zagrozi swojej pozycji, pracy, rodzinie?

Muszę przyznać, że już sam opis fabuły W słusznej sprawie wzbudził we mnie wiele emocji. Jak to, sterylizacja? Wbrew woli tych kobiet? Jak tak można? Czym prędzej musiałam się przekonać, jak ten temat przedstawiła Chamberlain. I powiem Wam, że zrobiła to rewelacyjnie. Zagrała na emocjach czytelnika jak mało kto. Od pierwszych stron wzbudza ciekawość, nutę napięcia, która towarzyszy nam do ostatnich stron. A na kartach tej powieści dzieje się wiele, dużo jest zwrotów akcji, niespodziewanych wypadków, bohaterów, którzy chcą przeszkodzić Jane w pracy i wiele przeciwności losu. Nie zawsze przepisy, zakazy, nakazy i zbiór obowiązków są w stanie wygrać z własnym sumieniem. Nie zawsze to, co społeczeństwo uważa za dobre, takie jest w rzeczywistości. Bo czy można ingerować w czyjeś życie, tak bardzo je zmieniając, bez zdania samej zainteresowanej? Jakbyście się czuli, gdybyście po wyjściu ze szpitala byli przekonani, że możecie mieć dzieci, a tak naprawdę zrobiono Wam operację mającą tego uniknąć? W wielu przypadkach kobiety nawet nie wiedziały, że zostały wysterylizowane. Ukrywano prawdę dla ich dobra. Niektóre z nich świadomie godziły się na tę operację, jednak były to jednostki starsze, w pełni świadome, które już wielu swoich potomków miały na świecie. 

W słusznej sprawie to bardzo emocjonująca powieść. Autorka zagrała na moich emocjach, wzbudziła we mnie wiele sprzecznych uczuć, odkryła to, co siedziało głęboko. Pokazała, jak różne zdanie można mieć w jednej sprawie i jak wiele rodzai "dobra" istnieje, w zależności od tego, kto trzyma nad nim pieczę. Wykreowała nietuzinkowych bohaterów, różniących się od siebie, mających własne cele, marzenia, charakter. Każda jednostka została dobrze przedstawiona, powiedziałabym, że rzetelnie, z dużą dokładnością. Ponadto nie ma w książce postaci, które by można było ze sobą pomylić. Każdy jest inny, przez co wyjątkowy. Do tego dobrze przedstawione portrety psychologiczne. Narracja prowadzona z perspektyw wielu bohaterów pozwala nam zapoznać się z daną sprawą z różnych stron. Poznajemy myśli bohaterów, przez co możemy poczuć do nich sympatię (lub antypatię), zobaczyć, jakie mają poglądy na dane kwestie, czego oczekują od bliskich, życia, losu. 

Polecam Wam tę lekturę, nie zawiedziecie się. Temat jest o tyle trudny, że w rzeczywistości taki program istniał. Diane Chamberlain bazowała na faktach tworząc własną historię. W posłowie wyjaśnia nam, skąd czerpała informacje, jak to było naprawdę, gdzie występował ten program. Intencje może i były dobre przy jego tworzeniu, aczkolwiek ingerując w życie człowieka, w jego organizm, przyszłość, niszczymy go od środka, o czym można się przekonać czytając W słusznej sprawie.


W słusznej sprawie [Diane Chamberlain]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia