"Dom nad jeziorem smutku" Marilynne Robinson


Czasem warto jest sięgnąć po powieść, która wywołuje w nas refleksje, nastraja melancholijnie, pozwala powrócić wspomnieniom. W takich książkach brakuje zwrotów akcji, tempa. I to nie tak, że są to złe pozycje. Lubię od czasu do czasu po takie sięgnąć. Tylko trudno je później ocenić. Jedną z takich książek jest "Dom nad jeziorem smutku", która już od początku nastraja nas refleksyjnie, ale dodatkowo otula mgiełką smutku i trzyma nas tak do końca historii.

Fingerbone to ciche miasteczko, o którym nikt by nie słyszał, gdyby nie katastrofa na moście kolejowym nad jeziorem. Pewnego dnia przejeżdżający pociąg wpadł wprost do jeziora. Mieszkańcy miasteczka w tym wypadku stracili swoich bliskich. Pociągu już nigdy nie znaleziono i z czasem ta historia przeszła do legendy pozostawiając w sercu mieszkańców cień smutku. Część społeczeństwa nie była w stanie żyć w pobliżu miejsca takiej tragedii i wyjechali. Jednak Ruth i Lucille zostają i trafiają pod opiekę babci, gdy ich matka wjeżdża do jeziora rozpędzonym samochodem. Kolejnymi opiekunkami dziewczynek są siostry dziadka, przekomiczne kobiety, a na końcu opiekę sprawuje nad nimi ciotka Sylvie. Czytelnik jest świadkiem dorastania Ruth i jej młodszej siostry, ich problemów, a także niebezpieczeństw czyhających za rogiem. 

Okładka: mwydawnictwo.pl
Nie powiem, żeby "Dom nad jeziorem smutku" był łatwą lekturą. Historia, jaka została tutaj opowiedziana przytłacza czytelnika i sprawia, że nie wiadomo jak tak naprawdę odebrać tę pozycję. Choć wypadek kolejowy nie gra pierwszych skrzypiec w powieści to stanowi tło dla innych wydarzeń. Jesteśmy świadomi, jak on oddziałuje na mieszkańców, jak sprawił, że trudniej się żyje w obliczu miejsca tej tragedii. Powieść ta nie należy do przyjemnych i łatwych. Tak naprawdę ciężko mi się ją czytało, już od pierwszych stron przytłaczała mnie smutkiem, który odczuwa się na każdej stronie. Czytając odniosłam wrażenie, że jest to zlepek różnych historii, na chybił trafił umieszczonych w powieści. Autorka próbowała stworzyć postacie komiczne, ale jednocześnie zaradne i odważne. Owszem, można było dostrzec te starania, jednak na mnie nie zrobiło to większego wrażenia. Czytałam tę książkę długo, bardzo długo i bynajmniej dlatego, że mnie chwyciła za serce i chciałam się delektować każdym zdaniem. 

Według mnie, "Dom nad jeziorem smutku" jest pozycją, w której niewiele osób się odnajdzie. Owszem, sama fabuła jest dość ciekawa, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Nie odnalazłam tu umiejętności pisania, prowadzenia fabuły, kreowania bohaterów, które niektórzy zachwalali. To wszystko mnie przytłaczało, niekiedy wywoływało ból głowy. Zbyt duży chaos, dialogi pisane jakby na siłę, nic nie wnoszące do treści. Czytając dziwiłam się, jakim cudem Marilynne Robinson otrzymała za tę książkę nagrodę PEN / Hemingway Award dla najlepszej debiutanckiej powieści. Może tylko na ja potrafię dostrzec tego, co dostrzegli inni? Może mam dziwne poczucie humoru i w rzeczywistości te dialogi były naprawdę śmieszne, błyskotliwe, postacie nieszablonowe, wyróżniające się na tle innych? Może nadmiar niezbyt pozytywnych emocji przygniótł mnie tak, że trudno było mi docenić historię? Może... Jednak wiem, że po debiucie Marilynne Robinson potrzebuję pozycji, która wywoła u mnie lawinę śmiechu. Tak, zdecydowanie.


* Zdjęcie mostu pochodzi ze strony panoramio.com

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia