Poznaj mnie! (#2) - Moje czytelnicze przyzwyczajenia

Tak, to już druga część cyklu Poznaj mnie!, który jak zauważyłam przypadł Wam do gustu (co mnie bardzo cieszy). No i przy okazji przyznam się, że jestem zawalona notatkami na kolejne cztery egzaminy, więc z recenzjami gorzej - wtedy z pomocą przychodzą mi te cykle (jednak obiecuję, że nie zasypię Was nimi z tego powodu). Z racji tego, że celowo pominęłam kilka aspektów tworząc notkę o tym, jaką jestem czytelniczką, teraz tak jakby ciąg dalszy. Pokrótce opowiem jak czytam, gdzie czytam, co towarzyszy mi podczas czytania, etc. Jesteście gotowi? W takim razie zapraszam! Ale ostrzegam, przyda się coś do picia i podjadania.



Gdzie czytam?

Przeważnie czytam w domu, w zaciszu swojego pokoju. Kładę się wygodnie na łóżku podparta wielkimi poduchami, przykrywam nogi cieniutkim kocykiem (wiecie, tak w razie czego, gdybym od tego siedzenia zmarzła i nie miała chęci odrywać się od książki, aby poszukać czegoś do przykrycia; warto o to wcześniej zadbać) i zagłębiam się w lekturę. Przeważnie, bo nie zawsze mam na to czas. Najczęściej robię tak przed snem, gdzie zapalam malutką lampkę tworząc swoisty, ciepły klimat, którzy sprzyja miłemu czytaniu. 

Jednak jak to z czasem studentki bywa, mało go posiadam. Wówczas książki towarzyszą mi w trakcie dojazdów na uczelnię. Nieważne, że autobus niemiłosiernie trzęsie, ludzie się na Ciebie przewracają przy każdym zakręcie, a Ty musisz ukradkiem zerkać przez okno, aby nie przegapić własnego przystanku. Ja w takich nieprzyjemnych warunkach po prostu muszę czytać! Co innego można robić przez prawie czterdzieści minut? Podróżując następnym autobusem przez 15 minut odpuszczam sobie czytanie, a delektuję się świeższym powietrzem - różnica między autobusami i kulturą tamtejszych ludzi jest przerażająca. 

Co poza transportem? W trakcie przerw między wykładami, gdzie wykładowcy mają tendencję do spóźniania się, bądź niepojawiania się, w ostateczności odwoływania zajęć. Co wtedy robić, gdy niekiedy ma się nawet do pięciu godzin czasu wolnego? Książka jest zbawieniem! To samo, gdy zajęcia okazują się być wyjątkowo nieciekawe... Nie zliczę ile ciekawych pozycji przeczytałam w trakcie mniej ciekawych wykładów czy ćwiczeń. Chcieć to móc - zawsze znajdzie się odrobina czasu dla książki.

Jak czytam?

Najwygodniejszą pozycją dla mnie jest tzw. na leniwca, czyli pół leżąca - pół siedząca. Oczywiście wygodniej jest, gdy leżymy na większych poduszkach, wtedy i plecy nie bolą i kark, który w innym wypadku jest zbyt napięty... Tak, tak, przerobiłam już mnóstwo pozycji. Jeszcze dość dobrze czyta mi się totalnie na leżąco z małą poduszką pod głową czy karkiem (najchętniej wykorzystuję to na plaży) i ewentualnie na brzuchu podpierając się łokciami. Jednak numerem jeden jest pozycja na leniwca.

Jeżeli nie mam możliwości czytania w ten sposób, wówczas siadam i opieram się o ścianę (np. na uczelni), nogi uginam w kolanach, książkę opieram na nich i... czytam. Mniej wygodnie, ale zawsze lepiej niż bezpośrednio na krześle - te są dla mnie bardzo niewygodne, szybko boli mnie kręgosłup. Jeżeli czytam tylko kilka minut to ok, pozycja nie robi dla mnie wielkiego problemu, ale jak się wciągam w fabułę i mogę sobie pozwolić na długą ucieczkę w lekturę to muszę mieć wygody! 

Potraficie czytać na stojąco? Bo ja tak! Życie studenckie tego uczy, a najbardziej podróżowanie komunikacją miejską, bardzo zatłoczoną. Wystarczy znaleźć odrobinę wolnej przestrzeni (czyt. podłogi) i coś do podparcia (rurka, biletomat, okno, drzwi), a czytanie staje się możliwe! Najlepszym rozwiązaniem jest noszenie ze sobą czytnika (na szczęście posiadam takie cudo), wówczas nie ma problemu z używania jednej ręki do trzymania i przewijania stron, a drugiej do podtrzymywania przed upadkiem. Sądzę, że studia jednak czegoś mnie nauczyły... ;)

Z czym czytam?

Najprzyjemniejsza rzecz zaraz po samym fakcie czytania dobrej książki. Bardzo często korzystam z przeróżnych umilaczy. Począwszy od pysznej herbatki (zwykła z cytrynką, owocowa, ziołowa - mięta, melisa, zielona, rumianek, lipa, pokrzywa...), po kawę, soki różnych smaków, wodę niegazowaną aż po koktajle w upalne dni czy rzadko, ale jednak - piwo smakowe. Napój pod ręką po prostu musi być, nie ma innej opcji. Nierzadko podczas czytania towarzyszą mi smakołyki - jakieś cukierki owocowe, krówki (te z tekstem od wewnętrznej strony papierka, zawsze jestem ciekawa na co trafię), owoce pokrojone w plasterki czy kostkę (teraz jest idealny czas na truskawki i banany z jogurtem naturalnym, mniam!). Całkiem niedawno przy każdej książce wcinałam kisiel. Przerobiłam chyba wszystkie możliwe smaki, jakie dostałam w okolicznych sklepach, jednak najbardziej trafia do mnie tego roku truskawka. Rzadziej można znaleźć orzeszki, paluszki sezamowe, czy chipsy o przeróżnych smakach. Staram się ograniczać spożywanie takich produktów, a na pewno z dala od moich "dzieci", bo lubią pozostawiać między kartkami niespodzianki dla następnych czytelników... Jednak nie jestem aż tak asertywna, by odmawiać im swojego towarzystwa bardzo często. ;) Ach i jeszcze podkład muzyczny... Ale to zostawię na osobny post, wraz z przykładami.

Jak wybieram, co czytam?

W pierwszej kolejności wybieram książki, które otrzymałam do recenzji. Z czasem bywa u mnie różnie, a terminy niekiedy gonią (te narzucone sobie przeze mnie i te mieszczące się w granicach zdrowego rozsądku jeśli chodzi o "umowę"), więc aby mieć czyste sumienie, zaczynam czytać najpierw te. Następnie wybieram coś z własnej półki i/lub pożyczone z biblioteki czy znajomych. W przypadku tych od współprac to decyduje przeważnie (ale nie zawsze) kolejność otrzymania i objętość. Gdy mam wziąć do ręki coś własnego czy pożyczonego z większym terminem luzu, wówczas rozpoczyna się cały rytuał przejścia. Podchodzę do mojego zapchanego książkami regału i jadę wzrokiem od lewej do prawej, przez każdą półkę. Gdy to zrobię, przejeżdżam tę samą trasę ręką, przy czym przymykam oczy. Wówczas wtedy wiem już jaka pozycja najbardziej mnie do siebie w danej chwili przekonuje. Jeżeli nie to wpatruję się w jedną półkę, która mnie przyciąga i spośród tych egzemplarzy wybieram ten, który zaintryguje mnie kolorem. Dziwne? Być może, ale jakie skuteczne! W 99% trafiam na właściwą pozycję we właściwym czasie. Polecam Wam taki sposób.

Na dziś to tyle. Mam nadzieję, że ten post pomógł Wam nieco bliżej mnie poznać i zmotywował/zainspirował do stworzenia u siebie podobnego. Chętnie przeczytam, jak to u Was wygląda! A ja tymczasem uciekam dalej się uczyć na egzamin, a Was zostawiam z piękną piosenką, którą odtwarzam wciąż i wciąż...



* Zdjęcia pochodzą stąd i stąd.

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia