"Poczekajka" Katarzyna Michalak

Katarzynę Michalak w blogosferze zna już chyba każdy - z własnego czytelniczego doświadczenia, bądź ze słyszenia, albo jeszcze z aferek blogowych między autorką a niezadowolonym czytelnikiem. Autorka wzbudza wiele emocji, są te dobre i złe, ale jak to bywa wśród pisarzy, jest to całkiem naturalne. Jej twórczość jest dość specyficzna. Wprawdzie chciałoby się być wszechstronnie uzdolnionym i pisać w wielu gatunkach, jednak jeden wychodzi jej świetnie - ten bajkowy, na pół realny, na pół nie, taka obyczajówka z dobrym i miłym zakończeniem. Takie pozycje są idealne na odstresowanie, miłe spędzenie wieczoru, może na dodanie trochę otuchy, obudzenie nadziei... Poczekajka kwalifikuje się do takich pozycji, ale... Coś mi w niej nie pasuje.

Patrycja jest bohaterką często bujającą w obłokach, której zamarzył się książę na białym koniu, który wyzwoli jej z tego nudnego życia i zabierze do swojej baśniowej krainy. Nie dramatyzuję, naprawdę takie ma marzenia i na dodatek próbuje je zrealizować, za pomocą czarów. Wybiera się na spotkanie sabatu, gdzie dołącza do grona czarownic, a jej przewodniczką w tym świecie jest Berenika, doświadczona kobieta, która nigdy nie żartuje z magii. Wraz z koleżankami-wiedźmami wyczarowuje Patrycji wizję kochanka na białym koniu, który galopuje do niej, pod żółtawą chatkę, gdzieś w lesie. Tylko... Gdzie ta chatka, koń i przystojniak? A no właśnie w tym tkwi problem. Trzeba go znaleźć. Stąd pochopna przeprowadzka do Poczekajki, gdzie nie mieszkańcy nie witają jej z otwartymi ramionami. A to dopiero początek.

Może zacznę od mocniejszej strony samej bohaterki. Podobało mi się to, że Patrycja postawiła się matce, chciała zrealizować swoje marzenia i nie czekała na tyłku, aż to wszystko do niej przyjdzie tylko wzięła sprawy w swoje ręce i dążyła do ich spełnienia. Tak znalazła wyśnioną chatkę, wyprowadziła się z dotychczasowego lokum, zrezygnowała z pracy, wyprowadziła się do Poczekajki, wyremontowała chatkę, podjęła się pracy w zoo, o której zawsze marzyła i... czekała. Jednak nie wykazując biernej postawy, o czym przekona się czytelnik. Ale to by było na tyle pozytywnych stron głównej bohaterki. Pipi, jak pieszczotliwie nazwał ją Artur, znienawidzony przez dziewczynę, a który uparcie próbuje zdobyć jej serce w sobie tylko znanych celach, jest dość naiwną osobą. Ślepo podąża za danymi jej znakami, przyjmuje rzucone jej sugestie i wykonuje je z nadmierną przesadnością. Zamiast powiesić jedną podkowę na szczęście, jako drogowskaz, pani doktor przybija je gdzie tylko się da, po czym przy każdej okazji podtyka się o nie. Takich sytuacji jest wiele. 

Sama fabuła jest już na starcie dość specyficzna, wzbudzająca gromki śmiech w czytelniku, ale nie taki, jaki życzyłaby sobie autorka. We mnie obudził się czytelnik-hejter, którym nigdy być nie chciałam. W Poczekajce absurd gonił absurd, bohaterka rzuciła się w ramiona pierwszego lepszego faceta, który pojawił się na końskim grzbiecie i zaczął sypać romantycznymi frazesami. Za nic miała znaki, które dawał jej dziadek, które zresztą sama widziała, ale nie wierzyła. Już sama ta postawa wzbudziła we mnie irytację. Atutem powieści na pewno była praca w zoo, gdzie miały miejsce dziwne wydarzenia, ale wywołujące śmiech, tym razem ten zamierzony. Do tego pozytywnym aspektem książki była jeszcze postać dziadka, jego werwa, mądrość życiowa i wnikliwa obserwacja. Nie chcę Wam zbyt wiele zdradzać na jego temat, ale chociażby dla niego warto przemęczyć się przez tę historię.

Dużą wadą dla mnie było umieszczenie postaci z Gry o Ferrin. Może gdybym nie znała tej historii inaczej bym na to patrzyła, ale w tym wypadku drażnił mnie Amre, Anaela, a także sam fakt zacytowania fragmentu rzekomo powstającej powieści, która to została wydana już rok wcześniej (i dwa później). Nie wiem co Katarzyna Michalak chciała tym osiągnąć, ale wywołała jedynie zniesmaczenie. Cytowanie siebie? Swojej twórczości? Czy to się nazywa autopromocja swoich książek w... swoich książkach? Nie rozumiem, ale zaważyło to na odbiorze całej powieści.

Poczekajka ma wielu zwolenników, tak jak i przeciwników, ale sama nie wiem, po której stronie barykady stoję. Niby historia Patrycji od połowy wciągnęła mnie, byłam ciekawa jak rozwinie się wątek Artura, Łukasza i Gabriela, ale nieco mniej byłam zainteresowana Patrysinymi poszukiwaniami księcia. Jednak zbyt wiele razy irytowałam się, odkładałam książkę by ochłonąć, przekalkulować, czy warto dalej czytać. Męczyła mnie naiwność głównej bohaterki, jej sposób myślenia, zachowania, postępowania. Nie przepadam za takimi postaciami, jednak Katarzyna Michalak wyjątkowo zadbała o to, by ta mnie drażniła jak nikt dotąd. I trochę przeraża sam fakt, że autorka tą powieścią zadebiutowała. Moim zdaniem, na koncie ma zdecydowanie lepsze powieści. Jeśli jednak zaintrygowała Was fabuła (a polecam wątek Łukasz-Artur-Gabriel oraz postać dziadka) to zachęcam, może Was nie będzie tak irytowała postawa głównej bohaterki. W gruncie rzeczy szybko się ją czyta i pozwala trochę odstresować.


Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia