"Bajki dla Marysi i Alicji" Tomasz Sakiewicz


Czasem miło jest wrócić do przeszłości i choć przez chwilkę poczuć się jak dziecko. Nie musieć przejmować się tymi wszystkimi problemami dnia codziennego, pieniędzmi, pracą, szkołą i tym, jak to ludzie potrafią być okrutni dla swoich bliskich. Dzieci są słodkie w swojej naiwności, a także wzbudzają podziw swoją nieograniczoną wyobraźnią, bezgraniczną troską, miłością i chociażby tylko chwilowym przejmowaniem się jakimś niepowodzeniem, bowiem przeważnie po upadku wstają i idą, nie poddają się. Przez lata te wartości się w nas zatracają, bo zaczyna wywierać na nas presję dorosłe życie, gdzie musimy być odpowiedzialni i dawać odpowiedni przykład, nie zawsze świadomie. Niekiedy takie życie mnie przytłacza, więc czym prędzej sięgam po książki dla dzieci i znów czuję się tak, jakbym miała te pięć lat. W mojej ostatniej podróży towarzyszyła mi pozycja Tomasza Sakiewicza pt. "Bajki dla Marysi i Alicji".

Książka ta jest bogata w ciekawe ilustracje i piękne bajki, od których nie mogłam odejść ani na chwilkę. Są opowiedziane (w zasadzie napisane) z taką lekkością, której mogłoby pozazdrościć wielu pisarzy książek dla dzieci. Ale może zacznę od strony technicznej, wizualnej. Zbiór bajek jest bardzo ładnie wydany. Twarda oprawa, dobrej jakości papier, na którym znajduje się mnóstwo ilustracji. Jedne są tak piękne, że aż ciężko odwrócić wzrok, inne mniej przypadły mi do gustu, jednak wszystkie tworzą naprawdę dobrze prezentującą się całość. Ilustratorów jest wielu, więc technik rysunku także sporo, stąd różnice w odbiorze konkretnych ilustracji. Jednak uważam, że każda z nich została dobrze dopasowana do treści bajki. A co z samymi historiami, które Sakiewicz opowiadał wieczorami swoim córkom? Są naprawdę rewelacyjne. Lekkie, ciekawe, niekiedy śmieszne, ale z przekazem i wartościami, które młody człowiek powinien w sobie pielęgnować od wczesnych lat. Dobrze, że istnieją jeszcze tacy rodzice, którzy znajdują czas dla swoich pociech w tym szaleństwie pracy i wiecznego braku czasu na odpoczynek i próbują swoim pociechom przekazać pewne wartości, morały, nawet w tak zwyczajny, ale piękny sposób jakim jest wspólne czytanie do snu.

Najbardziej do gustu przydała mi bajka "Lepiej być dzieckiem", gdzie miasto jest pełne "nudnych" i zapracowanych ludzi, urzędników, lekarzy, burmistrza itd. Jednak jeden napój zmienia ich nastawienie i choć przez chwilę stają się bardziej dziecinni. Następnego dnia wszystko wraca do wcześniejszego stanu, lecz część osób zasmakowawszy w tym pięknym uczuciu, do którego ja niekiedy dążę i o którym wspomniałam na początku tego tekstu, starają się być znów pełni wiary, radośniejsi, ciekawsi świata, a także więcej się uśmiechają. Na uwagę zasługuje także opowiadanie pt. "Kłótnia", gdzie w prosty i jasny sposób, ale jakże delikatny autor pokazuje, jak młoda osoba przeżywa śmierć bliskiej osoby. Bardzo wyraźnie zostały zarysowane uczucia i emocje dzieci, które cierpią po stracie ukochanych osób. Podoba mi się to, że autor stara się w swoich bajkach zawrzeć wiele prawd i ma na uwadze emocje i potrzeby nie tylko ludzi dorosłych, ale głównie dzieci. Może dzięki temu część z nich będzie potrafiła poradzić sobie ze stanem, w jakim danej chwili się znaleźli? Może dzięki tym bajkom nauczą się nieco inaczej postrzegać świat? A na pewno zapamiętają, jak to pięknie jest być dzieckiem i jestem przekonana, że w dorosłym życiu niekiedy będą tęsknić do czasu beztroski. 

Jestem pod wrażeniem tej książki. Pełna magii, ciekawostek o świecie, ale także wprowadza nieco realizmu i uświadamia co nieco poprzez zabawę oraz na pozór zwyczajne bajki. Podoba mi się taki pomysł. Dodatkowo tak pięknie wydany zbiór będzie idealnym prezentem dla malucha czy rodziców, którzy miło chcą spędzić z dziećmi czas. Niekiedy nawet pół godzinki wieczorem wystarczy, aby spędzić piękne chwile ze swoimi pociechami, a "Bajki dla Marysi i Alicji" będą idealnymi towarzyszami takich przygód, chwil. Warto zainwestować w tę pozycję. Skoro mnie zauroczyła, to co dopiero maluchy? Polecam!

Czytaj dalej »

"Sztuka uprawiania róż z kolcami" Margaret Dilloway


Róże to piękne kwiaty. Jedni narzekają, że mają kolce i przez to są oszpecone, za to inna grupa uważa to za jej zaletę. Ja znajduję się w tej drugiej grupie. Kolce są integralną częścią róży i nie należy naruszać jej piękna usuwając to, co nam w niej przeszkadza. Każdy medal ma dwie strony, każdy człowiek ma w sobie trochę dobra i zła, a także potrafi się bronić w obliczu niebezpieczeństwa, dlaczego więc różę, okaz piękna mamy pozbawiać jedynej obrony jaką są jej kolce? Jednak to tylko moje zdanie, na hodowli róż nie znam się wcale, ale z dużym zainteresowaniem sięgnęłam po pozycję, która nieco przybliżyła mi ten temat.

Gal jest nauczycielką biologii w prywatnej szkole, która krzyżuje nowe odmiany róż. Pewnie wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby nie fakt, że kobieta od wielu lat choruje na nerki i co dwa dni musi jeździć na dializy. Pewnego dnia wszystko wali się jej na głowę, gdyż zostaje wezwana do gabinetu dyrektora, a tam siedzi... jej siostrzenica, której nie widziała kilka lat. Kobieta musi stawić czoła nie tylko swojej chorobie, irytującej sąsiadce, pielęgniarce i wiecznie niezadowolonemu dyrektorowi, ale także musi wejść w rolę matki, do jakiej po części zmusiła ją siostra. Czy Gal zniesie to wszystko? Jaki wpływ będzie miała na nią dojrzewająca siostrzenica Riley? 

Muszę przyznać, że treść fabuły brzmi dość oklepanie, ale ta hodowla róż dodaje jej nieco świeżości. Właśnie z tego powodu postanowiłam sprawdzić, czy fabuła przedstawiona przez Margaret Dilloway mi odpowiada. Język jakim ta powieść została napisana nie jest przytłaczający, nie pojawiają się błędy składniowe, ortograficzne (tak, to wciąż się zdarza w niektórych książkach) czy nagminny brak interpunkcji. Pojawiają się sformułowania charakterystyczne dla hodowli róż, wszelkie odmiany, a także specyfika dbania o nich, jednak autorka starała się w możliwie jak najprostszym językiem przekazać nam te informacje. Udało się, dzięki czemu lektura nie sprawiła mi żadnego kłopotu.

Cała historia została przedstawiona z punktu widzenia Galilee, dzięki czemu poznajemy jej myśli, punkt widzenia i sporo dowiadujemy się o jej pasji. Nie powiem, żeby to była właściwa perspektywa ukazania historii, aczkolwiek nie jest zła. O różnych punktach widzenia dowiadujemy się z rozmów między pozostałymi bohaterami, których świadkiem niekiedy zupełnie przypadkowo jest Gal. Postać ta poprzez swój sposób myślenia, odrzucanie pomocy bliskich, narzucanie własnego zdania i upieranie się, że to ona zawsze ma rację, choć niekoniecznie tak jest, niekiedy bywa nieco irytująca. Jednak koniec końców polubiłam ją i nie potrafię zbyt długo pisać o niej źle. 

Bohaterów w tej powieści jest sporo, aczkolwiek kilku z nich wyróżnia się na pierwszy plan. Dara to nauczycielka sztuki w prywatnej szkole, w której też pracuje Gal i jest jednocześnie jej przyjaciółką. Kobieta ma swój sposób bycia dla niej charakterystyczny, ale mimo różnic, które występują między przyjaciółkami one wciąż się dogadują. Riley, córka Becky, siostry głównej bohaterki. Dziewczyna całe życie była sama, ponieważ jej matka miała swoje sprawy, uzależnienia i nie do końca poczuwała się do odpowiedzialności i macierzyństwa. Robi na swojej ciotce wrażenie zbuntowanej nastolatki, ponieważ była od stóp do głów ubrana na czarno z czaszkami jako motywem przewodnim. Matka Gal i Becky, nadopiekuńcza kobieta, która dla swojej chorej córki zrobi wszystko, nawet zrezygnuje z zasłużonego urlopu. Gdy tylko orientuje się, że Gal ma gorszy dzień wsiada w samochód i po kilku godzinach jest u córki. Pięknie, prawda? Ale tylko z jednej perspektywy. Można wyróżnić też wielu innych bohaterów, między innymi Byron, pan Morton, czy chociażby Brad, jeden z uczniów nauczycielki, który często przychodzi pomagać jej w hodowli kwiatów. Jednak nie sposób ich wszystkich opisywać, ponieważ autorka już na początku, nie wiem czy świadomie czy nie, pokazuje nam ich w pozytywnym świetle z góry narzucając, że są idealni i musimy ich polubić. Taki zabieg początkowo mnie zdezorientował i próbowałam się przed tym nieco bronić. Jednak autorka wraz z moim uporem zmienia strategię, ot co.

Każdy wątek wydaje mi się być dobrze przemyślnym. Nic nie pojawia się przypadkowo, a nawiązania do poszczególnych sytuacji mają miejsce w całej powieści. Było wydarzenie, był skutek to wkrótce poznajemy przyczyny tych zdarzeń. Podobało mi się to, że Dilloway nie potraktowała czytelnika powierzchownie i jednak zostawiła pole do popisu dla naszej wyobraźni, osądów i refleksji. Zaskoczyła mnie ta powieść, gdyż spodziewałam się, że "Sztuka uprawiania róż z kolcami" będzie książką typowo o hodowli róż z zabarwieniem obyczajowym, a otrzymałam mieszankę o odwrotnych proporcjach. Dobry styl, odpowiedni język, ciekawe postacie, różnorodność wątków. Tak, ta pozycja jest warta uwagi, choćby dla samych opisów tych pięknych kwiatów, jakie powstają z krzyżówek poszczególnych odmian. Sama nabrałam ochoty do takiego hobby. Jak najbardziej polecam.


Sztuka uprawiania róż z kolcami [Margaret Dilloway]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

Zimowy konkurs u Antyśki!

Witam w ten mroźny wieczór! W takie dni najchętniej zaszyłabym się pod kocem z kubkiem gorącego kakao i dobrą książką w ręce. Jednak we wtorek czeka mnie kolokwium, a tydzień później pierwsze egzaminy, także nie mogę sobie pozwolić na takie rozpieszczanie samej siebie. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby ułatwić Wam to zadanie. Postanowiłam zorganizować konkurs, w którym do zdobycia będzie najnowsza powieść Doroty Sumińskiej pt. "Historie, które napisało życie". Nie będzie żadnych pytań konkursowych, nie będziemy sobie życia utrudniać w ten i tak zimny i pracowity miesiąc.



Regulamin:
1. Organizatorem konkursu jestem ja, autorka bloga Slowa Czytane.
2. Nagroda pochodzi z mojej domowej biblioteczki i nie podlega wymianie pieniężnej.
3. Konkurs trwa od 18.01.14r. do 18.02.14r. do północy (czasu blogowego).
4. Koszty wysyłki pokrywam ja (polecony ekonomiczny).
5. 19.02.14r. spośród zgłoszeń wylosuję jedną osobę, do której powędruje powieść "Historie, które napisało życie", a wyniki podam do ogółu na blogu.
6. Aby wziąć udział w konkursie należy w komentarzu napisać:
- Formułkę typu "zgłaszam się", abym wiedziała, że na pewno bierzesz udział w konkursie
- Adres e-mail, aby w razie wygranej móc się skontaktować
7. Możesz, ale nie jest to konieczne, udostępnić bannerek konkursowy, dodać do obserwatorów na czas konkursu czy polubić mój fanpage
8. Warunkiem uczestnictwa jest adres do korespondencji na terenie Polski.
9. Nie wysyłam książki za granicę.

Myślę, że wszystko jasne, w razie pytań proszę pisać. Dodatkowo, jeżeli będzie ponad 50 zgłoszeń do puli dorzucę książkę niespodziankę, która powędruje do drugiego szczęśliwca. To chyba na tyle, a ja wracam do nauki... Ciężkie jest życie studenta, gdy zbliża się sesja ;)
Czytaj dalej »

"Mistrz" Katarzyna Michalak


Po przeczytaniu erotyka Katarzyny Michalak naszła mnie pewna myśl. Tak bloggerzy narzekali na trylogię o Greyu, że mało ciekawa, że sceny erotyczne się powtarzają, że jest napisana bez dobrego smaku i tak dalej. Zastanawiam się, dlaczego nikt z takim rozmachem nie napisał również o polskiej odpowiedzi, jaką jest "Mistrz". Choć fabuła jest nieco inna to pozostałe aspekty wyjątkowo się zgadzają. Na początku myślałam, że jeżeli zostanie napisana polska odpowiedź, będzie ona intrygująca, z dobrym smakiem, po prostu będzie dobrze reprezentowała nasz kraj. Ale otrzymałam nie to, co chciałam. Miałam okazję trzymać w ręce nieco zmienioną historię Greya, która w żaden sposób nie reprezentuje polskiego czytelnictwa. Tfu, godnie nie reprezentuje, bo jakiś tam poziom ma, ale nie taki, jaki powinien być. Ale to tylko moje subiektywne zdanie...

Fabułę raczej już większość z Was zna, ale gdyby trafiły się osoby, które nie miały styczności z tą powieścią to pokrótce ją zaprezentuję. Sonia wraca z zajęć aerobiku i jak na złość zapomniała plecaka, następnie taksówka, którą jechała zepsuła się w połowie drogi, a trasa, którą musiała przebyć nie była zbyt bezpieczna. Właśnie przechodziła podziemnym przejściem, gdy nagle wypadki potoczyły się bardzo szybko. Była świadkiem pościgu, samobójstwa i na dodatek wciągnięto ją w sprawę jako jedną z podejrzanych do zamachu na cypryjską mafię. Sonia trafia na Cypr do VillaRosy, która staje się być dla niej luksusowym więzieniem.

Kogo znajdziemy w tej powieści? Dziewicę Sonię, która robi z siebie wielką histeryczkę, zamiast spokojnie i rzeczowo odpowiadać na pytania, po czym zakochuje się w gangsterze i stroi fochy jak kilkuletnie dziecko, bo jej wybranek upatrzył sobie Angelikę. A cóż to za kobieta z tej Angeliki? Pozbawiona skrupułów maniaczka seksu, która wszystkim z dużym przyrodzeniem zrobi tak zwanego loda i nie ma znaczenia, czy zna tego człowieka, czy ktoś jest świadkiem jej zabaw z tymczasowym partnerem. Już w prologu jesteśmy świadkami, jak dziewczyna zadowala swojego zleceniodawcę ustami i nie stroni od dwuznacznych propozycji. Mamy do czynienia z szefem mafii, Raulem de Luca, który jest bezwzględnym i chłodnym człowiekiem, pozbawionym wszelkich uczuć, aż do czasu, kiedy na jego drodze staje nietykalna Sonia i wszystko zmienia się jak za sprawą magicznego zaklęcia. Mamy lekarza Pawła, który stoi u boku swego przyjaciela, rzetelnie wykonując swoje obowiązki i choć nie jest obojętny na urok kobiet, jakie znajdują się pod dachem VillaRosy to wie, że nie może sobie pozwolić na chwilę zapomnienia. To jedyna postać, która wzbudziła we mnie emocje inne poza irytacją. Oczywiście mamy jeszcze okazję poznać Vincenta, przybranego brata Raula, Stanleya i innych tego typu osobistości, ale żadna z nich nie wyróżnia się na tyle, by warto było o nich cokolwiek wspominać. Nie oznacza to, że Sonia, Angelika, Raul to bohaterowie dobrze wykreowani, z którymi aż chciałoby się mieć do czynienia. Nie! Moim zdaniem, jedyną postacią, którą udało się Michalak stworzyć jest Paweł. I nie dlatego, że wydaje się być taki idealny. Nie, nie jest taki, ale co ja Wam będę wszystko zdradzać...

Fabuła sama w sobie też jest kiepska. Może inaczej. Pomysł na fabułę był i to całkiem niezły, zwłaszcza na powieść sensacyjną by się nadawał, gdyby autorka nie zepsuła go i nie wprowadziła niewyżytej seksualnie Angeliki do powieści. "Sceny opisujące zbliżenia bohaterów, rozgrzeją zmysły niejednej czytelniczki, a dynamicznie rozwijająca się akcja zapewnia wspaniałą rozrywkę. Książka gwarantuje również szereg wzruszeń oraz pobudza do refleksji nad zawiłościami ludzkiego losu" tak można wyczytać na blogu Katarzyny Michalak. Rozgrzeją zmysły? Chyba pobudzą irytację, wywołają śmiech, spowodują, że czytelnik przez większą część książki będzie się nudził. Tak, tak. Nie jestem jakąś wymagającą czytelniczką powieści erotycznych, ale sporo książek o takiej tematyce się naczytałam i opisy były subtelniejsze, a na pewno działały na zmysły. Autorka w tym wypadku się nie popisała. Bardzo mało było tutaj jakiejkolwiek subtelności w opisie, w samym zbliżeniu. Czytałam o tym, jak Vincent brał siłą Angelikę, jak ona robiła loda swojemu pracodawcy, jak próbowała dobrać się do zawartości bokserek Raula. Brzmi tak sucho, nieco wulgarnie, ale na pewno niezachęcająco? Tak właśnie było. Dynamicznie rozwijająca się akcja? Powiedzcie mi, gdzie tutaj w ogóle takowa jest? Czytając "Mistrza" miałam wrażenie, że słucham suchej relacji z tego, co się działo. Bez emocji, bez zwrotów akcji, bez tej dynamiki. Pobudza do refleksji? Kogo? Mnie? Jedynie o czym pomyślałam po skończeniu "Mistrza" to to, żeby rozważniej sięgać po tego typu książki, a na pewno nie ufać zapowiedziom, jeżeli chodzi o twórczość Michalak dla dorosłych.

Nie, nie miała to być w zasadzie recenzja. Nie miałam na celu pojechania po tej książce całkowicie. Ale po prostu nie mogę patrzeć na to, jak książki na tak niskim poziomie są pisane przez naszych rodzimych autorów i otrzymują miano bestsellerów. Nie każdy nadaje się do pisania erotyków, powiedzmy to głośno. Katarzyna Michalak nie napisała powieści dobrej. Napisała na bliźniaczo podobnym poziomie co E. L. James, tylko zarys fabuły nieco się różni. Może nie byłabym aż tak niezadowolona z lektury, gdyby nie to, że spodziewałam się czegoś innego. Czegoś naprawdę dobrego, zwłaszcza po takiej reklamie i tylu pozytywnych, wręcz wychwalanych recenzjach. Miałam wrażenie, że w książce każdy z każdym uprawia seks, bądź próbuje do tego dopuścić. A nie spodobało mi się to. Po Katarzynie Michalak oczekiwałam czegoś subtelnego, odważnego, ale bez przesady w tę drugą stronę. Spodziewałam się, że opisy będą odważne, ale napisane ciekawie, w końcu język polski jest piękną mową i ma w swoim zbiorze wiele synonimów. No cóż, zawiodłam się tak, jak dawno nie miało to miejsca. Autorce zdecydowanie lepiej wychodzi pisanie cukierkowych powiastek dla kobiet. Ale jeżeli macie ochotę przeczytać "Mistrza", tak dla eksperymentu, to proszę bardzo. Ale miejcie świadomość, że nie jest to mistrzowska powieść, ją się po prostu szybko czyta.
Mistrz [Katarzyna Michalak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Szlak niepewności" Patrycja Flejszer


Nie każdy ma życie idealne - dom, rodzinę, pieniądze, szczęście, a przede wszystkim miłość i zainteresowanie bliskich. Są też tacy ludzie, którzy każdego dnia zmagają się z bolesną rzeczywistością. Tacy, którzy piekło mają zgotowane we własnym domu, gdzie przecież powinni czuć się bezpiecznie. To tam nie powinno być miejsca na krzywdę. Nie powinno, ale niestety coraz częściej słyszy się o przypadkach, gdzie ból zadawany przez bliskich ma miejsce w domu, który dla innych jest azylem.

Jamie Swan to szesnastolatka, której przyszło mieszkać tylko z ojcem. Matka umarła, starsza siostra odeszła i przestała interesować się rodziną, którą zostawiła. Dziewczyna w szkole jest szykanowana i wyśmiewana, ponieważ odrzuciła propozycję najpopularniejszego ucznia Salvadora. Niestety to nie jedyna krzywda, jaka ją spotyka. W domu próbuje walczyć z ojcem alkoholikiem, który wymusza od niej ciężko zarobione pieniądze tylko po to, aby pić. Jea jest bezradna i samotna, coraz gorzej sobie ze wszystkim radzi. I nagle pojawia się Caleb Jenkins, który do tej pory był z pozoru obojętny na bezbronność koleżanki ze szkoły i przyglądał się, jak jego przyjaciel Sal znęca się psychicznie nad dziewczyną. Aż do czasu.

Muszę przyznać, że zostałam miło zaskoczona. Temat alkoholizmu i psychicznego znęcania się poruszany jest bardzo często i miałam wrażenie, że nic więcej nie można dodać. Ale myliłam się. Patrycja Flejszer przedstawiła historię z punktu widzenia szesnastoletniej dziewczyny, która bardzo szybko musiała dorosnąć i radzić sobie sama. Problemy z pieniędzmi, rachunkami, a przede wszystkim ojcem alkoholikiem to nieco za dużo problemów dla jednej osoby. Podziwiałam Jamie za jej determinację i siłę, która nie poddawała się tak łatwo. Dzielnie znosiła wszystkie krzywdy i to ze strony ojca jak i swoich rówieśników, a po cichu planowała, jak poprawić swoją dotychczasową sytuację. Jednak nie jest to opowieść lekka i z happy endem, pełna radości, zaskakujących zwrotów akcji. Czytając miałam nieodparte wrażenie, że coś złego się wydarzy i nie myliłam się. Może dlatego, że po części już znam przebieg podobnych historii? Zachowania alkoholików są do siebie bardzo podobne, tak samo ma się sprawa znęcania się nad innymi przez kolegów ze szkoły. 

Uważam, że ta powieść powinna dotrzeć do szerszego grona odbiorców. W naszym kraju alkoholizm i psychiczne znęcanie się to wciąż tematy tabu. Ludzie nie otrzymują wystarczającej pomocy, a wśród świadków (sąsiadów, bliskich czy rówieśników) panuje znieczulica. Społeczeństwo boi się interweniować w obawie, że to wszystko odbije się na nich samych. Niekiedy wolą nie angażować się w czyjeś problemy, bo to w końcu nie jest ich sprawa. To wszystko można odnaleźć na kartach "Szlaku niepewności". Nie każda historia kończy się pozytywnie, nie każdy otrzymuje wystarczającą pomoc. Niekiedy na tę pomocną dłoń jest już po prostu za późno.

Po przeczytaniu powieści Patrycji Flejszer mam milion myśli na minutę. Nie mogę pozbierać się, ponieważ w duchu wierzyłam, że ta historia zakończy się nieco inaczej. Jestem wrażliwą osobą i przejmuję się nawet fikcyjną historią, ponieważ zdaję sobie sprawę, że takie mają miejsce i w rzeczywistości. Książka ta napisana została przystępnym językiem, z perspektywy kilku osób, przez co możemy ocenić zachowanie poszczególnych bohaterów i po części zrozumieć, jakimi pobudkami się kierowali. Polecam, ponieważ "Szlak niepewności" otwiera oczy na pewne sprawy i sprawia, że czytelnik doceni to, co ma. A może ktoś z Was jest w podobnej sytuacji i powieść ta będzie pomocną dłonią? Nie bądźmy obojętni!
Szlak niepewności [Patrycja Flejszer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"W świecie wiatru i wierzb. Wyznania chińskiej kurtyzany" Miao Sing

Wraz z Nowym Rokiem postanowiłam częściej sięgać po książki z własnej półki. Nie po to kupuję je, by odkładać na półkę z tekstem "na lepszy czas". W końcu on nadszedł, a przynajmniej dla jednej z takich książek. Wybór był trudny, bo okazało się, że nieprzeczytanych pozycji mam dość sporo, a i są nieco zróżnicowane gatunkowo. Zamknęłam oczy i sięgnęłam na chybił trafił. Tak padło na "W świecie wiatru i wierzb. Wyznania chińskiej kurtyzany" Miao Sing. Historia została dopuszczona do druku przez osobę anonimową, więc do dnia dzisiejszego nie wiadomo, kto tak naprawdę jest jej autorem. W Internecie przeważnie widnieje pod wyżej wspomnianym pseudonimem, bądź Dong Mei, którym posługiwała się chińska kurtyzana, o której jest ta opowieść.

Forsycja odwiedza swoją starszą przyjaciółkę, Dong Mei i informuje, iż wie, że dawniej była kurtyzaną. Prosi o opowiedzenie swojej historii. Przyjaciółka zgadza się i takim oto sposobem jesteśmy świadkami powrotu do przeszłości starszej kobiety. Jako czternastoletnia wówczas dziewczynka została sprzedana, ponieważ rodzicie nie mieli pieniędzy na utrzymanie i wyżywienie pozostałych dzieci. W tamtych czasach był to dość popularny sposób odbijania się od dna. Dziewczynka pogodziła się i wyruszyła w świat. Bardzo szybko została sprzedana do jednego z domów publicznych, gdzie miała uczyć się, jak dawać przyjemność mężczyznom. Przez lata pracowała w różnych miejscach, z różnymi ludźmi miała do czynienia i przeróżne sytuacje widziała. 

"W świecie wiatru i wierzb. Wyznania chińskiej kurtyzany" to biograficzna opowieść, swoista spowiedź i próba rozliczenia się z przeszłością. Wydarzenia miały miejsce w trakcie drugiej wojny światowej i okupacji Chin przez japońskiego wroga. Nie były to łatwe czasy, tym łatwiej o zrozumienie, w jakim położeniu znalazła się Dong Mei. Wiele jednak zawdzięcza swojej urodzie i umiejętności czytania, dzięki czemu los przerzucał ją z domów publicznych w coraz to wykwintniejsze miejsca. Tak stała się cenioną kurtyzaną, a z czasem ta praca stała się jej sposobem na życie. Opowieść ta jest pełna sentymentu, ale również emocji, które Dong Mei stara się ukrywać. Próbuje pięknym językiem przekazać to, czego była świadkiem, nie narzucając słuchaczce swojego zdania, swoich uczuć i emocji. Jednak będąc po części świadkiem tych wydarzeń szybko zorientowałam się ile trudu ją to kosztuje. Znajdziemy tu wspomnienie o dzieciństwie, o sile przyjaźni, o pierwszych krokach w poszczególnych domach publicznych, a także pierwsze nieśmiałe promyki nowych doznań, nie tylko z mężczyznami. 

Powieść ta jest bardzo odważna, ale jednocześnie piękna. Styl, w jakim została napisana sprawiał, że nie mogłam oczu oderwać. Ja wiedziałam, że można pięknie pisać o seksie, ale nie przypuszczałam, że kiedyś spotkam tak trafne określenia. Jakie? A to już sami musicie się przekonać, nie będę odbierała Wam tych literackich doznań. Momentami wzruszałam się, innym razem otwierałam szeroko buzię i oczy ze zdziwienia, niekiedy trudno było mi wyjść z szoku. W pewnej chwili nawet miałam oczy pełne łez, co mi się dawno nie zdarzało. Nie napiszę, jak wiele dla mnie znaczy ta pozycja, ponieważ nie wpłynęła za bardzo na moje dotychczasowe życie. Jednak miło spędziłam czas i dzięki tej lekturze nieco bardziej poznałam kulturę chińską, a także po części zgłębiłam wiedzę na temat relacji chińsko-japońskich. Może nie jest to wiarygodne źródło informacji to jednak ciekawe doświadczenie. 

Warto przeczytać tę pozycję. Jeżeli nie ze względu na treść, jaką poruszono to ze względu na sposób jej przedstawienia, na słowa, jakimi została opowiedziana ta historia. Tyle pięknych metafor, epitetów to w jednej książce dawno nie spotkałam. Polecam, dla samej przyjemności obcowania z kulturą i pięknym językiem


W świecie wiatru i wierzb [Anonim Anonim]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Hania" Henryk Sienkiewicz


Jako uczennica gimnazjum czy liceum dość sceptycznie podchodziłam do lektur szkolnych. Owszem, wszystkie obowiązkowe czytałam (dobrze, przez "Krzyżaków" nie przebrnęłam, ale "Potop" mnie pochłonął!) i część naprawdę mi się spodobała to mimo wszystko szło mi dość opornie. Dlaczego? Chyba nikt nie ma satysfakcji z czynności, którą wykonuje pod przymusem. Ale obiecałam sobie, że gdy tylko zdam maturę to zacznę czytać dzieła pisarzy, których miałam okazję poznać w szkole. Jednak bardzo szybko zapomniałam o tym postanowieniu. Ale jakaś wyższa siła czuwała nade mną i podsunęła mi pewną stronę z e-bookami. A, że nie stronię od tej formy przekazu treści to pobuszowałam troszkę i znalazłam kilka perełek, o których do tej pory nie słyszałam. Tak trafiłam na "Hanię" Sienkiewicza.

"Hania" jest nowelką, która wchodzi w skład tzw. "małej trylogii" Henryka Sienkiewicza. Według kolejności stanowi drugą część, a poza nią napisane zostały "Stary sługa" i "Mirza". Dowiedziałam się o tym dopiero po przeczytaniu noweli i mogę poświadczyć, że można czytać je bez znajomości pozostałych. Chociaż znając Sienkiewicza, aby mieć pełen obraz i zrozumieć niektóre sytuacje należałoby przeczytać całą trylogię. Kiedyś zrobię to na pewno, dziś skupmy się na "Hani".

Narratorem jest Henryk, szesnastoletni zamożny szlachcic, który otrzymał pod opiekę niewiele młodszą od niego dziewczynkę o imieniu Hania, wnuczkę zmarłego służącego. Młodzieniec wczuł się w rolę i nie chciał z niej wyjść ani na chwilę. Próbował wprowadzić w domu nowe zwyczaje, między innymi to, iż dziewczynka będzie siedziała ze wszystkimi przy stole, a nie jak do tej pory tylko usługiwała. Sprawy zaczynają się komplikować, gdy Henryk zdaje sobie sprawę, że nie łączy go z Hanną czysta relacja, jak do tej pory sądził. Jego przyjaźń i dobre imię zostały wystawione na próbę.

"Hanię" pochłonęłam raz dwa, a moimi jedynymi przerywnikami było spoglądanie przez szybę pociągu, czy aby nie przegapiłam swojej stacji docelowej. Historia Henryka i Hani, a także ich przyjaciela Mirzy wciągnęła mnie i nie pozwoliła odejść od niej ani na chwilę. Narracja pierwszoosobowa była dobrym pomysłem, ponieważ dowiadujemy się, jakie myśli kłębią się w głowie młodego szlachcica i mamy jako tako ogląd na to, jak jego tok myślenia zmieniał się z dnia na dzień. To jest cenna uwaga w odbiorze tej nowelki. Dobrym zabiegiem byłoby przedstawienie sytuacji, w jakiej młodzi ludzie się znaleźli, z perspektywy córki służącego, która chcąc czy nie chcąc znalazła się w samym środku tych wydarzeń. Czytając historię nakreśloną lekkim piórem Sienkiewicza (tak, tak, ja też się zdziwiłam, że Sienkiewicz może tak lekko i subtelnie pisać!) czułam się, jakbym oglądała dobry film akcji. Zwroty tutaj były częste, niekiedy lekkie, innym razem gwałtowne i niespodziewane. 

Jestem pod wrażeniem, jak wiele można zawrzeć na kilku stronach. Henryk Sienkiewicz pokazał się ze strony dobrego obserwatora i wnikliwego psychologa. Na kartach tej noweli pokazał przebieg dojrzewania, sprawy z nią związane, siłę przyjaźni, pierwsze miłości, wzloty i upadki. Dojrzałe słownictwo, subtelne opisy, ale jednocześnie treść zrównoważona. Miszmasz, który zasługuje na dużą uwagę ze strony młodego czytelnika, jak i tego starszego. Nie należy bać się dawnych pisarzy, ich sposobu pisania, kreowania świata. W gruncie rzeczy to też byli młodzi ludzie, też przeżywali te same uczucia, targały nimi te same emocje. Tylko zmieniły się okoliczności i czasy. Osobiście tym utworem przekonałam się do sięgania po starsze pozycje, te mało znane, ale za to bardzo wartościowe i będę polecała przy każdej okazji!


Hania [Henryk Sienkiewicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Przywróceni" Jason Mott


Wyobraź sobie, że masz dziecko, szczęśliwą rodzinę, marzenia. Nadchodzą ósme urodziny Twojego dziecka i postanawiasz urządzić mu przyjęcie urodzinowe. Zapraszasz znajomych, pieczesz tort, wymyślasz przeróżne zabawy. Nadchodzi dzień zabawy, wszystko idzie po Twojej myśli. Goście się bawią, dzieci są zadowolone, widzisz uśmiech na buzi swojego dziecka. Myślisz, że nic nie może mu się stać. Na chwilę odwracasz wzrok, dosłownie na kilka, no może kilkanaście minut. A po chwili dostrzegasz, że Twoja pociecha zniknęła. Tak po prostu. I nikt nie wie, gdzie poszła. Wszczynasz alarm, rozpoczynają się poszukiwania. Trwają kilka godzin, aż zostaje odnaleziona. W pierwszej chwili cieszysz się, w drugiej dociera do Ciebie, że dziecko, które niosą na rękach, jest martwe... Uczysz się na nowo żyć. Próbujesz pogodzić się z tym, co się stało. Jest Ci bardzo ciężko, ale z czasem można wytrzymać. Mijają lata, starzejesz się i już dawno straciłaś/eś nadzieję, że Twoja pociecha wróci, bo przecież nie żyje. Aż tu pewnego dnia słyszysz dzwonek do drzwi. Podchodzisz, otwierasz i widzisz w drzwiach własne dziecko, dokładnie takie, jak je zapamiętałaś/eś. Ma tyle samo lat, co w dniu śmierci, ma te iskry w oczach i niepewny uśmiech na twarzy. Nie wiesz co się dzieje, ale cieszysz się, że powrócił.

W takiej sytuacji znalazła się rodzina Hargrave. I nie wiadomo, czy jest to cud, plan Boży, czy może początek końca. Wiele ludzi doszukuje się w tym zjawisku ręki szatana, bowiem do miasta zaczyna napływać coraz więcej Przywróconych. Matki, dzieci, bracia, sąsiedzi. Każdego dnia pojawia się ich coraz więcej. Rodzina Przywróconych cieszy się zesłaną im prosto z nieba chwilą na spędzenie czasu z dawnymi bliskimi, jednak nie wszyscy są tak przychylnie nastawieni. Sytuacja zaczyna się komplikować, pojawiają się wojskowi, zaczęto zamykać Przywróconych, a wśród ludności powoli rodzi się bunt i agresja. 

Sięgając po debiutancką powieść Jasona Motta nie wiedziałam, czego tak naprawdę się spodziewać. Opis z okładki brzmiał dość intrygująco, nieprawdopodobnie. Z zaciekawieniem otworzyłam pierwszą stronę i przepadłam. Historia jest tak nieprawdopodobna, jak to możliwe. Jednak w głowie pojawiają się myśli "a co by było, gdyby takie wydarzenia naprawdę miały miejsce? jakbym zareagował/a, gdy to mnie i moich bliskich spotkało?".

Lekki styl, prosty język, ale zdolność do budowania napięcia charakteryzują prozę Jasona Motta. Subtelność w wyrażaniu uczuć, wielowątkowość, przedstawienie sytuacji z wielu perspektyw - to wszystko sprawiło, że "Przywróconych" czytało mi się w zastraszająco szybkim tempie. Bohaterów jest sporo, jednak wyraźnie można podzielić ich na tych "za" i "przeciw" fali napływających do miasteczka Przywróconych. Spotkamy tutaj pastora i jego malutką żonę, którzy choć próbują dać wsparcie wiernym, sami nie wiedzą, co tak naprawdę się dzieje i próbują doszukiwać się tu planu Najwyższego; buntowniczego Freda, który po śmierci żony stał się zgorzkniałym mężczyzną, a w chwili pojawienia się Przywróconych stał się głównym prowodyrem zamieszek; Lucille Hargrave, matkę przywróconego ośmioletniego Jacoba oraz jej męża Harolda, którego stanowisko od początku nie jest dość sprecyzowane, a także wielu wielu innych. Każdemu bohaterowi autor dał przysłowiowe pięć minut, krótko ich przedstawił, choć nieszablonowo i przydzielił im określoną rolę. Ich postępowania i myśli zmieniały się z każdym dniem, co sprawiło, że do końca nie byłam pewna jak historia się zakończy, a także kto jest tym dobrym, a kto złym charakterem w powieści. Jason napisał powieść pełną ciepła, miłości, ale także niepewności i agresji. Książkę tę można odczytywać na wiele sposób, bowiem przesłanie jej nie jest jedno, słuszne. Każdy zinterpretuje ją na swój sposób, w zależności od tego, które emocje i uczucia wysuną się dla niego na pierwszy plan.

"Przywróconych" jest mi trudno sklasyfikować, trudno także ocenić tą samą miarą co pozostałe przeze mnie przeczytane książki. W tej historii odnalazłam cząstkę siebie, nieco większą, niżbym sobie życzyła. Odruchowo zadawałam sobie pytania, jakbym postąpiła w sytuacji, kiedy do moich drzwi zapukałaby moja przyjaciółka. Czy przyjęłabym ją z otwartymi ramionami? A może odsunęłabym się i zamknęła jej drzwi przed nosem? Czy moje serce i umysł byłyby gotowe przyjąć ją ponownie w dawnej postaci? Wiele razy się wzruszyłam, po moim ciele przechodziły dreszcze. Do tej pory nie wiem, jakbym się zachowała. Ale wiem jedno - debiutancką powieść Jasona Motta naprawdę warto przeczytać. I choć w gruncie rzeczy nie byłam zadowolona z tego, jak potoczyła się akcja to otrzymałam naprawdę interesującą pozycję i dobrze spędziłam z nią czas. Na pewno uświadomiła mi, jak ulotne są chwile i powinniśmy cieszyć się nimi codziennie. A Ty, Czytelniku, co wyniesiesz z tej lektury dla siebie?


Przywróceni [Jason Mott]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Kobiety Łazarza" Marina Stepnova


Literatura rosyjska jest dla mnie niewiadomą. Odkąd przeczytałam "Zbrodnię i karę" Dostojewskiego postanowiłam, że zapoznam się z literaturą jego kraju, niekoniecznie tą XX-wieczną, lecz współczesną. Jednak szybko o tym zapomniałam, aż do dnia, gdy zobaczyłam w zapowiedziach wydawnictwa Czarna Owca książkę rosyjskiej pisarki. Sam tytuł może nie brzmi intrygująco, wręcz banalnie, niekiedy czuć literaturą erotyczną na odległość, to opis sprawił, że zmieniłam zdanie i jakiś czas później książka była u mnie. Dobrze, okładka też jest temu winna...

Łazarz Lindt z zawodu jest fizykiem, który zdobył sławę tworząc wraz z innymi sowiecką bombę atomową. Miał szczęście pojawić się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, choć wygląd i higiena pozostawiały wiele do życzenia. Zawszawiony, brudny i obdarty pokazał się jednak z lepszej strony, niż przez prezentację swojego wyglądu. Doceniono jego chęć i talent do nauk ścisłych. W jego życiu było sporo kobiet, jednak nie wykazał się tak dobrym taktem, jak wiedzą naukową. Każda z nich wiodła odmienne życie, nie zawsze takie, jakie sobie wymarzyły i nie takie, jakie mógł im mężczyzna zapewnić. 

W "Kobietach Łazarza" poznamy trzy przedstawicielki płci pięknej, z którymi miał do czynienia Łazarz. Pierwszą z nich jest żona profesora Siergieja Aleksandrowicza Czałdanowa, których związek miał wszystko co mieć powinien, prócz potomstwa. Gdy tylko Łazarz przekroczył próg ich domu, Marusia zaczęła traktować go jak własnego syna. Jednak relacja, jaka ich połączyła wbrew pozorom okazała się być nieco skomplikowana. Drugą kobietą, jaka pojawiła się w życiu fizyka była Galina Pietrowna, która została zmuszona do małżeństwa z wiele lat starszym od siebie mężczyzną. To i wiele innych powodów sprawiło, że kobieta stała się zimna i zgorzkniała. Z tego związku urodził się syn, którego nie potrafiła darzyć matczynym uczuciem. Lidoczka, wnuczka Galiny i Łazarza w feralnym wypadku straciła matkę, a ojciec nie jest w stanie zająć się córką. Roześmiana dziewczynka trafia do babci i będzie miała wpływ na dużą zmianę w życiu kobiety.

W gruncie rzeczy opis fabuły jest dość zawiły, tak jak na początku wydarzenia w książce. Jednak z każdą kolejną stroną robi się coraz ciekawiej, a na pewno więcej się dzieje i niektóre sytuacje zaczynają być jasne. Może i brzmi banalnie, jednak tak w rzeczywistości nie jest. Powieść ta przygnębia i uświadamia, co w życiu jest ważne. Miłość to piękne uczucie, które teoretycznie powinno być potwierdzone aktem małżeństwa. Jak wiadomo, nie każde uczucie ma na to szansę, lecz gdy wychodzi się za drugiego człowieka z przymusu, konsekwencje takich czynności są ogromne. A na pewno ma swoje następstwa w późniejszych latach. Uczucie bliskości, akceptacja, zainteresowanie. Niby nic wielkiego, ale trudno bez tego żyć. Przekonał się o tym Łazarz i jego dążenie do tych odczuć poruszyło uśpiony wulkan.

Marina Stepnova stworzyła powieść wartościową, która zasługuje na uwagę. O miłości wypadałoby umieć pisać, nawet o tej nieszczęśliwej czy niespełnionej. Autorce udało się mnie zainteresować swoim stylem, który nie był górnolotny, zbyt prosty, lecz dojrzały, a słowa wydają się być dokładnie w tym miejscu, w jakim się znalazły. Nigdzie indziej. W fabule odnajdziemy częste retrospekcje głównych bohaterów, co pozwala nam zrozumieć niektóre zachowania czy relacje, jakie ich łączą. Taki zabieg dużo wniósł do powieści, a Marinie udało się dość plastycznie przemieszczać między teraźniejszością a przeszłością. Połączenie wątków było również spójne, co nie rozpraszało czytelnika i tworzyło dobrze zgraną całość. 

Miałam kilka problemów z tą książką, a mianowicie początkowo trudno było mi się wdrążyć w historię. Wiele niewiadomych już na wstępie trochę mnie zniechęcało do dalszego czytania. Dodatkowo niemałą trudność w wymowie niektórych rosyjskich nazwisk autorka mi sprawiła, co tylko spowolniło moje czytanie, a spotęgowało rozdrażnienie. Jednak literatura rosyjska rządzi się swoimi prawami, tak jak polska czy hiszpańska (i każda inna), więc nie mogę wymagać czegoś, co jest niezgodne z poglądami czy zwyczajami autorki. Jednak cieszę się, że zrobiłam kolejne podejście do "Kobiet Łazarza", bo gdy przyzwyczaiłam się do specyfiki rosyjskich nazwisk i poznałam nieco zarysu niektórych wydarzeń to lektura pochłonęła mnie całkowicie. 

Dawno nie czytałam historii pełnej emocji i to bardzo sprzecznych ze sobą. Na kartach tej powieści przewija się wiele relacji, wiele uczuć i emocji. Tak naprawdę nie jest to wesoła książka, nie poprawi humoru, nie sprawi, że czytelnik będzie wybuchał gromkim śmiechem. Jednak wywołuje sporo refleksji, przypomina co w życiu jest ważne i jak ulotne są chwile. Już dla samych tych doznań warto przeczytać!


Kobiety Łazarza [Marina Stepnova]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

Kilka słów o spuściźnie Tolkiena

Źródło: Facebook

Przez wiele lat zapierałam się, że w życiu nie sięgnę po twórczość Tolkiena. Uważałam, że jego wyobraźnia nie jest dla mnie, że ja się w niej nie odnajdę, że mi się nie spodoba, że... Argumentów miałam wiele, ale widocznie były za słabe, nawet dla samej siebie. I co się stało? W ubiegłym roku (zabawnie to brzmi, gdy pisze się to na początku stycznia) sięgnęłam po "Hobbita", bo... miałam ochotę na trochę krasnali, trochę elfów, trochę czarodziejów i hobbitów. Moja chęć nie powstała z powodu ekranizacji, jaka miała miejsce w 2013 roku, ani z powodu wydania "Władcy Pierścieni" w jednym tomie, a także nie była uzasadniona wysypem recenzji twórczości Tolkiena. Nagle miałam przesyt opowieści "z życia wziętych", którymi samą siebie zasypałam. Dość romansów, dość problemów z miłością, pieniędzmi, pracą w książkach. Czas na coś nowego, przynajmniej dla mnie, bo nie dla świata. A po "Hobbicie" nastał czas na kontynuację, jaką rzekomo jest "Władca Pierścieni" z tymi swoimi cudacznymi stworkami... I tak nastał czas spuźcizny Tolkiena!

Hobbit, to małe stworzenie potrafi wiele namieszać! Niziołki, choć są małe to sprytne i cwane. Tak, tak. Wiele potrafią, choć wcale w siebie nie wierzą. No, przynajmniej nie wierzył w siebie Bilbo, bo Frodo to już zupełnie inna osobistość, również ciekawa. Wyobraźcie sobie, że żyjecie w spokojnym, malowniczym miejscu. Codziennie pijecie swoją ulubioną herbatkę, czytacie kolejne tomiszcza i marzycie o przygodach, które tak naprawdę są bardzo niebezpieczne. Aż tu nagle, tak bez zaproszenia, odwiedza Cię czarodziej i składa propozycję. Ale, nie taką byle jaką, bo zapowiada niesamowitą przygodę. Ty się zastanawiasz, więcej argumentów przeciw niż za, aż wieczorem odwiedza Cię krasnolud. Jeden, dwa, trzy, ewentualnie siedem (i więcej). Tak czy owak Czytelniku, zostajesz wciągnięty w przygodę, czy tego chcesz czy nie (a chcesz, wiem, że o niczym innym nie marzysz). I rozpoczyna się wędrówka, niebezpieczna, ale jakże ciekawa! A później... Później nastał czas Pierścienia i wszystko się skomplikowało. Także ciekawie. Ale jak skończyło to nie wiem, bo jeszcze czytam, o!

Źródło: guardianlv.com

Tolkien oczarował mnie swoim talentem. To, jak wielką wyobraźnię miał i jak pięknie potrafił przelać na papier wszystko, co w głowie jego było. Śródziemie jest tak dopracowane w "Hobbicie" i "Władcy Pierścieni", że aż brakuje słów. Te barwne opisy, te wszystkie zwyczaje, tradycje, mowa, postacie. Nie sposób tego wszystkiego wymienić. W mojej głowie powstało wiele obrazów, wyobrażeń na temat tej cudownej krainy. Ale żaden nie równa się z wyobrażeniami Petera Jacksona! Dwie części filmowego "Hobbita" już za mną, a ja wciąż nie mogę dojść do siebie. Nie podobało mi się, że dodano sporo nowych wątków (ale w takim wypadku jakim cudem powstałyby 3 części, każda po około 3 godziny?), a te obecne zostały nieco zmienione w porównaniu z pierwowzorem. Jak dobrze pamiętam, Legolasa nie było w "Hobbicie", pojawił się dopiero we "Władcy Pierścieni", nie było sceny, gdzie cała kompania wbiega do posiadłości Beorna hurtem, lecz pojedynczo, gdzie Gandalf ich przedstawiał. Oj wiele zmian i dodatkowych atrakcji wprowadził Jackson. Jednak te wszystkie moje złośliwości w domu i w kinie przyćmił obraz Śródziemia. Nie wyobrażam sobie piękniejszych obrazów, miejsc. Nie mogłam wyjść z podziwu, byłam oczarowana. Nowa Zelandia to idealne miejsce do kręcenia "Hobbita". Ot co! Nie wierzycie? To pójdźcie do kina.

A mnie czeka jeszcze długa przygoda z hobbitami, krasnoludami, elfami i Gandalfem. Wciąż nie skończyłam czytać "Władcy Pierścieni", bowiem utknęłam na "Dwóch wieżach" (ale to nadrobię, bo warto!). Jednak ekranizacja, znana najprawdopodobniej większości z Was choćby w kawałkach, musi jeszcze trochę poczekać. Zdecydowanie lepiej idzie mi czytanie książek, nim sięgnę po film. Nie przepadam za tym, jak filmowa twarz danego bohatera pojawia mi się przed oczami w trakcie czytania. Wówczas nie ma już miejsca dla mojej wyobraźni. A skoro nie ma dla niej miejsca to po co czytać? Lepiej tylko obejrzeć film i spokój. Ale ja nie o tym! 

Z racji tego, że dzisiaj wypadają kolejne urodziny Tolkiena, życzę mu, by jego dzieła wciąż były obecne w życiu Czytelników. A Wam? Spotkania się oko w oko z zakątkami Śródziemia, a także jego mieszkańcami.
Czytaj dalej »

"Kumulacja cierpień" Monika Fudali


Cierpienie ma wiele wcieleń, w zależności od tego, jakiej sfery człowieka dotyczy. Może mieć też różny przebieg, jednak jedno jest pewne - cierpieć nikt świadomie nie chce. Ale jak to jest, że nieświadomie je na siebie sprowadzamy? Potrafisz sobie wyobrazić, drogi czytelniku, że cierpienie kumuluje się w jednym przedmiocie, w jednym miejscu? Pomyśl, że wchodzisz do pomieszczenia, może to być mieszkanie kogoś Ci znanego, być może bliskiego i czujesz chłód. Ale nie jest on spowodowany przeciągiem czy uchylonym oknem. Masz dziwne przeczucie, że coś czai się za ścianą, patrzy na Ciebie z góry, albo... że coś złego działu się w tym domu wcześniej. Nieprzyjemne uczucie? Owszem, a podobne odczuwa Keisuke.

Jesteśmy świadkami, jak ludzie burzą dom, na którego miejscu ma powstać coś nowego. Poprzedni właściciele umarli, jak to się często zdarza. Naturalna kolej rzeczy. Ale ten dom nie był zwyczajny. Jeden z mężczyzn usłyszał chrobotanie. Podszedł do źródła dźwięku i zauważył popielicę, która zaczęła panicznie drapać pazurkami po chodniku, a jej ciałem wstrząsnął ogromny dreszcz. To, co działo się ze stworzeniem było straszne, wręcz obrzydliwe. Po popielicy została tylko pięknie wykonana szpilka, która przedstawiała postacie w odmiennych pozach. Co oznaczały, czego były symbolem? Mężczyzna schował szpilkę do kieszeni i w tamtej chwili całe jego życie zmieniło się diametralnie.

Cierpienie może ukazać się w postaci człowieka, ale również jako przedmiot, z pozoru bardzo ładny. Autorka pokazała, że w życiu nie wszystko jest tak oczywiste, jak nam się wydaje, a na pewno nie znamy wszystkich znaczeń pewnych spraw czy przedmiotów. Niekiedy znajdując na drodze ładny przedmiot zastanawiamy się, dlaczego się tu znalazł i kto mógł być jego właścicielem. Ale na tym kończymy nasze rozważania. Jeżeli nam się podoba - chowamy do kieszeni czy plecaka i idziemy dalej. Monika Fudali pokazała, że z pozoru piękne przedmioty mogą nieść ze sobą wiele zła, cierpienia. Złota spinka, którą znalazł jeden z mężczyzn już od początku go przerażała, jednak fascynacja przedmiotem wygrała. I to była jego zguba, która w szybkim czasie doprowadziła do wielkich zmian w jego życiu, a także jego bliskich. W jaki sposób? Tego nie zdradzę, bo to właśnie ta kwestia jest bardzo intrygująca i jednocześnie przerażająca w tej historii. 

Bohaterów nie jest wielu, w zasadzie mało o nich samych wiemy, kim są, czym się zajmują, czy choćby gdzie mieszkają i ile mają lat. Autorka skupiła się na istocie cierpienia, a nie na tym, w jakich kryteriach wybiera swoje ofiary. Także istnienie bohaterów jest ważny, ale sposób ich życia już zdecydowanie mniej. Przynajmniej dla nas, czytelnika nie powinno to stanowić najważniejszej kwestii rozmyślań w trakcie lektury i zaraz po niej. Przyznam, że z dużym zainteresowaniem śledziłam wędrówkę złotej spinki i z duszą na ramieniu czytałam o jej znaczeniu. Przeraziłam się, gdy dotarło do mnie, że to nie musi być fikcja literacka...

"Kumulacja cierpień" to moje drugie spotkanie z tekstem Moniki Fudali i muszę stwierdzić, że autorka potrafi naprawdę ciekawie i zwięźle przedstawić temat na dosłownie kilkunastu stronach. Jestem pod wrażeniem historii, którą przeczytałam. Nie znajdziemy tu zbędnych epitetów, wyszukanych opisów przyrody czy postaci. Dostajemy naprawdę dobrą historię na trzydziestu dwóch stronach. Można pomyśleć, że to mało. U niektórych z was zrodzi się pytanie, czy możliwe jest napisanie czegoś ciekawego na tylu stronach. A ja gwarantuję, że tak, jest to możliwe, a na pewno w wykonaniu tej autorki. Kilka miesięcy temu miałam doczynienia z innym tekstem, który wyszedł spod jej pióra, a mianowicie z "Kumulacją gniewu". Część bohaterów, a więc Keisuke i Sato, byli mi już znani, a więc wiedziałam, czym się zajmują, jacy są i czego mogę się spodziewać, gdy wspomniano o nich w książce. Nie oznacza to, że dla osób, które nie znają innej powieści autorki ta historia przeze mnie przytoczona nie będzie intrygująca.

Gdy dotarła do mnie przesyłka z "Kumulacją cierpień" odłożyłam ją na biurko i czekałam, aż przyjdzie wieczór. Wiedziałam, że mocniej odczuję treść, gdy zapoznam się z nią w odpowiednich warunkach. Nastał wieczór, a ja z kubkiem gorącej herbaty usiadłam pod kocem i... przepadłam. Nawet herbata nie zdążyła mi wystygnąć, a lektura była już za mną. I nie sprawiło to, że ma zaledwie trzydzieści dwie strony. Historia wciąga, wręcz pożera czytelnika wraz z ofiarami cierpienia. Po przeczytaniu ostatniego zdania nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Kolejny raz. Przeraziłam się, bo zdałam sobie sprawę, że każdy przedmiot, jaki znajduje się w moim pobliżu, może być powodem mojego cierpienia. Taka mała zdezorientacja. Książkę polecam, bo wciąga, fascynuje, intryguje i przeraża!

Za możliwość przeczytania "Kumulacji cierpień" dziękuję autorce, Monice Fudali. Fakt ten nie wpłynął na moją ocenę!
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia