"Dom nad jeziorem smutku" Marilynne Robinson


Czasem warto jest sięgnąć po powieść, która wywołuje w nas refleksje, nastraja melancholijnie, pozwala powrócić wspomnieniom. W takich książkach brakuje zwrotów akcji, tempa. I to nie tak, że są to złe pozycje. Lubię od czasu do czasu po takie sięgnąć. Tylko trudno je później ocenić. Jedną z takich książek jest "Dom nad jeziorem smutku", która już od początku nastraja nas refleksyjnie, ale dodatkowo otula mgiełką smutku i trzyma nas tak do końca historii.

Fingerbone to ciche miasteczko, o którym nikt by nie słyszał, gdyby nie katastrofa na moście kolejowym nad jeziorem. Pewnego dnia przejeżdżający pociąg wpadł wprost do jeziora. Mieszkańcy miasteczka w tym wypadku stracili swoich bliskich. Pociągu już nigdy nie znaleziono i z czasem ta historia przeszła do legendy pozostawiając w sercu mieszkańców cień smutku. Część społeczeństwa nie była w stanie żyć w pobliżu miejsca takiej tragedii i wyjechali. Jednak Ruth i Lucille zostają i trafiają pod opiekę babci, gdy ich matka wjeżdża do jeziora rozpędzonym samochodem. Kolejnymi opiekunkami dziewczynek są siostry dziadka, przekomiczne kobiety, a na końcu opiekę sprawuje nad nimi ciotka Sylvie. Czytelnik jest świadkiem dorastania Ruth i jej młodszej siostry, ich problemów, a także niebezpieczeństw czyhających za rogiem. 

Okładka: mwydawnictwo.pl
Nie powiem, żeby "Dom nad jeziorem smutku" był łatwą lekturą. Historia, jaka została tutaj opowiedziana przytłacza czytelnika i sprawia, że nie wiadomo jak tak naprawdę odebrać tę pozycję. Choć wypadek kolejowy nie gra pierwszych skrzypiec w powieści to stanowi tło dla innych wydarzeń. Jesteśmy świadomi, jak on oddziałuje na mieszkańców, jak sprawił, że trudniej się żyje w obliczu miejsca tej tragedii. Powieść ta nie należy do przyjemnych i łatwych. Tak naprawdę ciężko mi się ją czytało, już od pierwszych stron przytłaczała mnie smutkiem, który odczuwa się na każdej stronie. Czytając odniosłam wrażenie, że jest to zlepek różnych historii, na chybił trafił umieszczonych w powieści. Autorka próbowała stworzyć postacie komiczne, ale jednocześnie zaradne i odważne. Owszem, można było dostrzec te starania, jednak na mnie nie zrobiło to większego wrażenia. Czytałam tę książkę długo, bardzo długo i bynajmniej dlatego, że mnie chwyciła za serce i chciałam się delektować każdym zdaniem. 

Według mnie, "Dom nad jeziorem smutku" jest pozycją, w której niewiele osób się odnajdzie. Owszem, sama fabuła jest dość ciekawa, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Nie odnalazłam tu umiejętności pisania, prowadzenia fabuły, kreowania bohaterów, które niektórzy zachwalali. To wszystko mnie przytłaczało, niekiedy wywoływało ból głowy. Zbyt duży chaos, dialogi pisane jakby na siłę, nic nie wnoszące do treści. Czytając dziwiłam się, jakim cudem Marilynne Robinson otrzymała za tę książkę nagrodę PEN / Hemingway Award dla najlepszej debiutanckiej powieści. Może tylko na ja potrafię dostrzec tego, co dostrzegli inni? Może mam dziwne poczucie humoru i w rzeczywistości te dialogi były naprawdę śmieszne, błyskotliwe, postacie nieszablonowe, wyróżniające się na tle innych? Może nadmiar niezbyt pozytywnych emocji przygniótł mnie tak, że trudno było mi docenić historię? Może... Jednak wiem, że po debiucie Marilynne Robinson potrzebuję pozycji, która wywoła u mnie lawinę śmiechu. Tak, zdecydowanie.


* Zdjęcie mostu pochodzi ze strony panoramio.com
Czytaj dalej »

"Wołanie kukułki" Robert Galbraith



Chyba już każda istota choć trochę zorientowana w literackim świecie wie, że J.K. Rowling wydała swoją nową powieść pod zupełnie innym pseudonimem, aby sprawdzić, czy jej książki sprzedają się ze względu na fabułę, a nie nazwisko. Chyba jednak "Wołanie kukułki" samo się nie obroniło, bo sprzedaż nie była zbyt wysoka do czasu, aż na jaw wyszło to małe oszustwo. Świat dowiedział się, kto tak naprawdę jest autorem tej historii i sprzedaż diametralnie wzrosła. Smutne, ale prawdziwe. Sama sięgnęłam po tę powieść nie tylko ze względu na fabułę, ale byłam ciekawa, co też autorka takiego napisała, że bała się wydać to pod własnym nazwiskiem.

Pewnego wieczoru modelka Lula Landry postanowiła w ostatnich chwilach swojego życia poczuć jak to jest latać. Może nie tak sama z siebie, są podejrzenia, że ktoś jej w tym spełnieniu marzenia pomógł. Brat Luli - John Bristow nie wierzy, aby jego ukochana siostra była zdolna popełnić samobójstwo. Zaczyna prowadzić swoje małe śledztwo, lecz nikt nie chce mu wierzyć. Brak efektów doprowadza go do złożenia sprawy profesjonaliście i tak trafia do znajomego prywatnego detektywa - Cormorana Strike'a. W rozwiązaniu tej historii pomaga mu nowo przyjęta sekretarka Robin. Ta para będzie miała nie lada tajemnicę do zbadania, gdyż obecni świadkowie wydarzenia nie są zbyt chętni do ponownym zeznań, gdyż policja skutecznie wybiła im to z głowy uważając, że nie mają one znaczenia i są efektem zbyt wybujałej wyobraźni. Czy prywatnemu detektywowi i jego sekretarce uda się rozwiązać sprawę samobójstwa Luli Landry?

Muszę przyznać, że bardziej od zagadki zainteresował mnie Cormoran i Robin. Nim sama sięgnęłam po "Wołanie kukułki" miałam za sobą przeczytanych już sporo recenzji, skąd dowiedziałam się, że sprawa śmierci supermodelki może nie jest aż tak intrygująca jak się początkowo wydaje, to para zajmująca się śledztwem skutecznie nadrabia i rozbawia. Dziś dołączyłam do grona czytelników, którzy właśnie takie zdanie mają na temat najnowszej powieści Rowling. Może zacznę od tego, że choć śmierć Luli zainteresowała mnie na początku to z czasem zeszła na dalszy plan. Okazało się, że Rowling niezbyt radzi sobie z prowadzeniem akcji typowej dla kryminałów, nie potrafi potrzymać czytelnika w napięciu, a prowadzenie śledztwa nie idzie jej tak gładko jak innym autorom. 

Jednak jest dobra w kreowaniu postaci. Cormoran Strike to człowiek po przejściach i na życiowym zakręcie. Los nie obszedł się z nim łaskawie. Ucierpiał w trakcie wojny, w pracy niezbyt sobie radzi, wciąż wpada w kolejne długi, gdzie wciąż się o nie ktoś upomina, a na dodatek właśnie zakończył związek i nie ma gdzie mieszkać. Z nieba wręcz spada mu sprawa śmierci Luli Landry, gdyż jej brat postanowił z góry zapłacić zaliczkę za śledztwo, co ratuje detektywa z części długów. Ponadto sprawa śmierci supermodelki jest ostatnią deską ratunku, aby wybić się i na nowo zaistnieć w świecie detektywów. Autorka stworzyła bardzo dobry portret psychologiczny tego bohatera, ukazała jego szorstkość, chłodność, ale także inteligencję i umiejętność obserwacji. Cormoran to postać bardzo pozytywna, choć specyficzna w obyciu, ale da się ją polubić. Na uwagę zasługuje także Robin, nowa sekretarka, która z miejsca przyjmuje nową pracę, a także bardzo szybko odnajduje się w nowej roli. Staje się towarzyszką Cormorana i całkiem dobrze sobie radzi, czuje się jak ryba w wodzie. 

Jedni uważają za zaletę fakt, że śledztwo przebiega tak wolno. Mnie to zniechęciło i musiałam sobie zrobić dłuższą przerwę od książki. Niekoniecznie spodobało mi się zwlekanie z wyjawianiem pewnych szczegółów, brakowało mi napięcia, nagłych zwrotów akcji, niepewności. Wszystko było jakoś rozwleczone w czasie, przez co straciło na uroku i zainteresowaniu. Według mnie, właśnie ta oś fabularna bardzo kuleje u autorki. Język jakim się posługuje jest dość prosty, nie przytłacza czytelnika, choć niekiedy nadmiar opisów może zniechęcić do dalszego czytania. Mimo wszystko z "Wołaniem kukułki" spędziłam miło czas, nieco dłuższy niż planowałam, aczkolwiek nie był on stracony. Może nie jest to najlepsza powieść kryminalna, nie trzyma w niepewności, ale dla dwóch głównych bohaterów warto ją przeczytać. Specyficzna para, dzięki której nie można się nudzić.

* Zdjęcie: Publicat.pl

Wołanie kukułki [Robert Galbraith, pseud. J. K. Rowling]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Serce kamienia" Monika Sokół

Fantastyka jest gatunkiem, po który naprawdę rzadko sięgam i do niedawna był mi zupełnie obcy. Nie uważam, by było to coś gorszego od pozostałych gatunków literackich. Ja się po prostu w nim nie odnajdywałam. Pod koniec roku 2013 postanowiłam, że dam szansę książkom, po które do tej pory nie sięgałam, otworzę się na nowe gatunki, pozbędę uprzedzeń. I właśnie w ten sposób zaczęłam coraz częściej sięgać po powieści, gdzie fikcja miesza się z rzeczywistością, czas nie ma znaczenia, a dziwne zjawiska i istoty są na porządku dziennym. Pozycją, która na dobre przekonała mnie do takiego rodzaju literatury, jest "Serce kamienia" Moniki Sokół. Fantasy naprawdę dobre, wciągające.

Galijski pieśniarz Segomaras jest ciężko ranny po tym, jak zbliżył się do niewłaściwej kobiety. Miłość ta miała dla niego zgubny skutek. W takim właśnie stanie spotyka go na drodze wędrowna handlarka Magran, która postanawia uleczyć potrzebującego i zrobić z niego swojego towarzysza podróży. Początkowo wszystko biega gładko, wręcz spokojnie, jednak do czasu. Segomaras jest świadkiem, jak jego wybawicielka w chwilach ryzyka pokazuje swoją drugą twarz i zaczyna się gubić. Kim tak naprawdę jest jego towarzyszka podróży? Co za tajemnice skrywa i do czego potrzebna jest jej jego pomoc?

Podchodziłam do tej lektury sceptycznie. Fantasy jest czymś, czego dobrze nie znam, ale bardzo bym chciała poznać. Jak już wspomniałam, niewiele książek tego typu miałam okazję przeczytać, więc przy każdym spotkaniu jestem czymś zaskakiwana. Tutaj pierwsze dobre wrażenie zrobiła na mnie okładka, z której aż bije odwaga i tajemnica Magran. Dawno nie spotkałam się z okładką tak bardzo pasującą do treści. Następnie skusił mnie opis, to wyznanie bohaterki, która twierdzi, że sprzeciwiła się samej Śmierci. Intrygujące, prawda? Mnie zaintrygowało na tyle, by z niecierpliwością oczekiwać na tę pozycję. A gdy już wzięłam ją w ręce... przepadłam. 

Monika Sokół napisała naprawdę dobre fantasy, które wciąga już od pierwszych stron. Stopniowo dorzucała coraz więcej tajemnic, porcjowała nam zwroty akcji, wprowadzała coraz to nowszych i intrygujących bohaterów, którzy dodawali smaczku całej historii. Ich rola, jaką muszą odegrać w danej sytuacji nie zawsze jest dla nas jasna, każdy z nich skrywa w sobie pewną tajemnicę. Nie można powiedzieć, by postacie wykreowane przez autorkę były szablonowe czy niedopracowane. Pisarka skupiła się na nich równie mocno co na samej akcji, przez co czytelnik otrzymuje naprawdę dobrze napisaną powieść. "Serce kamienia" podzielone jest na dwie części. Podział ten jest wyraźny, bo akcja zmienia tempo, kierunek, a także część postaci, które na pozór początkowo nic nie znaczyły, później odgrywają dużą rolę.

Książkę Moniki Sokół przeczytałam już jakiś czas temu, aczkolwiek nadal mam natłok myśli. Magran i Segomaras wciąż tkwią w mojej głowie, ich przygody mam w pamięci. Gdy tylko pomyślę o całej historii na moim ciele pojawiają się lekkie dreszcze. Mam ochotę ponownie zatopić się w tej historii, co mi się nigdy nie zdarza. Żadna z pozycji tego typu nie zaintrygowała mnie na tyle, bym chciała wciąż na nowo do niej wracać i na nowo odkrywać z bohaterami tajemnice, rozwiązywać intrygi, walczyć z wrogami. Autorka stworzyła coś pięknego, wyjątkowego. Akcja, która wciąż się zmienia, nie ma sytuacji jasnych, prostych rozwiązań. Trudno tutaj o dziwne zbiegi okoliczności, przewidywalność. Każde zdanie wydaje się być na swoim miejscu, idealnie pasuje do całości. Jestem pod wrażeniem. Wiele razy podczas lektury drżałam, czułam niepokój, rozgoryczenie. Miałam wrażenie, że jestem w centrum wydarzeń. Na chwilę byłam Magran, Segomarasem, bogiem Śmierci. Coś niesamowitego.

Jeżeli do tej pory nie udało mi się Ciebie zachęcić do sięgnięcia po "Serce kamienia" to przeczytaj ten tekst jeszcze raz, wraz z odtworzeniem tych utworów i wiedz, że jeżeli nie sięgniesz po nią, świadomie zrezygnujesz z niesamowitej przygody. Ja nie zamierzam rezygnować i przeczytam jeszcze raz, i jeszcze...


* Zdjęcia pochodzą ze strony monikasokol.pl
Czytaj dalej »

"Pół życia" Jodi Picoult

Jodi Picoult to popularna pisarka, której powieści można spotkać w niemal każdej księgarni. Sprzedają się jak świeże bułeczki, zawsze są na czasie, bo poruszają trudne i aktualne tematy. Wiele osób zarzuca jej schematyczność, gdyż fabuła każdej kolejnej książki ma miejsce na sali sądowej. Jednych to drażni, innym zapewnia pewną stałość, po prostu wiadomo, czego się spodziewać. Czy odbiera to przyjemność z czytania? Nie, bo Picoult gra na emocjach czytelnika jak mało kto.

Luke Warren jest badaczem wilków i każdą wolną chwilę poświęca właśnie im. W celu przeprowadzenia eksperymentu, który miał na celu przekonanie się, czy człowiek może dołączyć do watahy i aby sprawdzić, jak wilki funkcjonują, łączą się w gromady, polują, opuścił własną rodzinę na dwa lata. Był to ciężki okres dla jego żony i dzieci. Czas, który dał im wszystkim wiele do myślenia. Niedługo po tym rodzina rozpadła się - żona opuściła Luke'a, syn Edward wyjechał do Tajlandii. Pewnego dnia Warren ulega wypadkowi samochodowemu, a razem z nim jego córka Cara, która od kilku lat razem z nim mieszka. Cara wychodzi z wypadku nieco poturbowana, lecz jej ojciec leży w śpiączce i nie ma prawie żadnych szans, że jego stan się poprawi. Z tego powodu Edward wraca do rodzinnego miasta, gdzie wraz z Carą muszą podjąć decyzję, czy ojca należy zostawić przy życiu, czy może jednak odłączyć respirator. Decyzja nie należy do łatwych, a wraz z nią na światło dzienne wychodzą wszystkie dotąd skrywane tajemnice.

Okładka: LubimyCzytac.pl
Jodi Picoult jak w każdej swojej powieści tak i tutaj porusza bardzo ważną kwestię. W tym wypadku główni bohaterowie rozważają kwestię odłączenia ojca od respiratora, lecz każdy z nich ma inne zdanie, inne pobudki nimi kierują. Decyzja nie jest łatwa. Cara ma zupełnie odmienne zdanie od swojego brata Edwarda, gdyż uważa, że to ona lepiej wie, czego życzyłby sobie Luke w takiej sytuacji. Autorka skupiła się także na tajemnicach ciążących na bohaterach tej powieści. Przeszłość jest niejasna, każdy z nim ma zupełnie inne spojrzenie na nagły wyjazd Edwarda - matka myśli, że syn po wyjawieniu swojej orientacji ojcu strasznie się z nim pokłócił i wyjechał; Cara uważa, że to jej brat był powodem, przez który rodzice wzięli rozwód i do dnia dzisiejszego chowa do niego urazę. Prawda jest jednak zupełnie inna.

Spodobało mi się to, że rozdziały poświęcone Luke'owi były pisane tak, jakby on wciąż żył, był obecny wśród nas. Dzięki nim mogliśmy poznać jego tajemnice, reakcje na wydarzenia z przeszłości. To właśnie tu udało mi się poznać wilki. Dowiedziałam się, jak funkcjonują, łączą się w gromady, polują, a także to, ile trudu kosztowało go rozstanie z prawdziwą rodziną na rzecz tej wilczej. To, co mówi Cara, Edward czy jego była żona różni się od tego, co przez całe życie myślał on sam. Jednak mamy możliwość poznać wersję zdarzeń każdego z bohaterów. I właśnie to lubię u Jodi Picoult - przedstawianie sytuacji z różnych perspektyw, pisanie rozdziałów według bohaterów i jednoosobowa narracja, dzięki której poznajemy myśli każdej z postaci. Może i jest tu pewien schemat już dobrze znany z innych jej książek, aczkolwiek nie przeszkadza mi on. Przeniesienie historii na salę sądową? Dzięki temu akcja nabrała tempa, pojawiło się wiele sprzeczności, emocji. Coś więcej zaczęło się dziać.

Powieść "Pół życia" choć porusza ważne zagadnienie, choć wiele się w niej dzieje to nie poruszyła mnie tak, jak inne jej pozycje. Były emocje, ale stonowane. Książka ta nie była nimi przepełniona. Czytałam ją, bo jest naprawdę wciągająca i byłam ciekawa, jak zakończy się cała sprawa i kto wygra spór o życia Luke'a Warrena, aczkolwiek bez większych emocji. Nie jestem osobą odporną na uczucia innych, szybko się wzruszam, jestem bardzo empatyczna, aczkolwiek historia Warrenów mnie nie poruszyła do głębi, nie wycisnęła z mych oczu łez. Była dobra, ale nie na tyle, bym myślała o niej przez kolejne dni tak, jak miało to miejsce po "Bez mojej zgody". Powyższą powieść polecam tym, którzy lubią styl pisarki Picoult, wilki, aczkolwiek odradzam rozpoczynanie przygody z tą pisarką właśnie od tej historii. Jest dobra, ale nie należy do ścisłej czołówki.


Pół życia [Jodi Picoult]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Wszyscy mają się dobrze" Penny Jordan

Okładka: LubimyCzytac.pl
Lubię książki lekkie, poruszające ważne tematy, ale takie, które nie przytłoczą czytelnika. Lubię od czasu do czasu sięgnąć po jakiś romans, obyczajówkę, coś co nie wymaga ode mnie myślenia. Coś, przy czym się zrelaksuję, zapomnę o chwilowych problemach, po prostu "zniknę". Słyszałam, że książki Penny Jordan sprawdzają się tutaj doskonale, więc nie pozostawało mi nic innego, jak w końcu coś przeczytać. Trafiło na "Wszyscy mają się dobrze" i nie żałuję, bo spędziłam z tą historią miło czas.

Crightonowie to rodzina prawników, która cieszy się sporym szacunkiem w miasteczku i okolicach. Od pokoleń mężczyźni parali się tym zawodem, zdobywali dobre imię, zadowolonych klientów. Byli naprawdę dobrzy w tym, co robili. Ben, senior rodu, lubi mieć wszystko pod kontrolą, a przede wszystkim życie swoich synów. Stawia sprawę jasno - wybranka jego syna musi przypaść mu do gustu, a kobiety nie nadają się do pracy jako prawnik. David i Jon są bliźniakami, choć pod względem charakterów bardzo się różnią. David jest ulubionym synem Bena, wciąż wychwalanym, pokłada w nim spore nadzieje. Jon od zawsze żył w cieniu swojego brata bliźniaka, ale nie wychylał się, zawsze go bronił przed ojcem. Gdy ulubieniec seniora rodu ma wypadek, na jaw zaczynają wychodzić wszystkie tajemnice, jakie do tej pory miał. Życie Crightonów szybko się zmienia.

To prawda, fabuła brzmi dość banalnie, ale w rzeczywistości historia wciąga. Byłam bardzo ciekawa, co też za tajemnice skrywał David i dlaczego aż tak poróżniły kiedyś rodzinę i dlaczego w tej chwili jej zagrażają. Bohaterów w powieści jest sporo, początkowo trudno było mi się połapać kto jest kim, kto gdzie pracuje, jaką pełni rolę. Z czasem we wszystkim się zorientowałam i mogłam na spokojnie śledzić losy bohaterów. Przyznam, że prosty język był tutaj jak najbardziej adekwatny. Penny Jordan stworzyła dobrą fabułę, ciekawych i nietuzinkowych bohaterów, a także poświęciła trochę czasu na dopracowanie portretów psychologicznych. Prawo to dość trudny zawód, trzeba mieć naprawdę predyspozycję do jego wykonywania - wiedzę, temperament, dobre kontakty z innymi i siłę, aby utrzymać się na tej pozycji i nie dać się zepchnąć. Osobiście bym nie podołała, wszelkie przepisy by mnie dosłownie zakopały. Jednak nie potrafię zrozumieć stanowiska seniora rodu, który twierdził, że kobiety to słaba płeć i nie nadają się do tego zawodu. Z tego powodu każda kobieta, która choć wykazała chęć pracy jako prawniczka była dyskryminowana z marszu, podcinano jej skrzydła, a następnie uniemożliwiało pracę w rodzinnej kancelarii, jeżeli postawiła na swoim i skończyła odpowiednią szkołę. Kobiety w tej rodzinie nie miały łatwo.

"Wszyscy mają się dobrze" nie jest powieścią wybitną, nie jest książką wysokich lotów, aczkolwiek ciekawą, wciągającą i dobrą na jeden wieczór. Przy niej można się odprężyć i zapomnieć o trapiących nas problemach. Jest idealna jako przerywnik w nauce, w pracy. Nie wymaga dużo od czytelnika. Choć nie zapada głęboko w pamięć i jest to pozycja, jakich wiele na naszym rynku, to jednak czymś się wyróżnia i warto ją przeczytać, gdy ma się gorszy dzień. Osobiście polecam i na pewno sięgnę po pozostałe pozycje autorki, bo przekonała mnie swoją prostotą, dobrym podejściem do tematu, zwięzłością i zaciekawieniem czytelnika.


Wszyscy mają się dobrze [Penny Jordan]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

"Tam gdzie spadają Anioły" Dorota Terakowska

Okładka: Wydawnictwo Literackie
Nie mieliście nigdy wrażenia, że ktoś za Wami kroczy? Że słyszycie wewnętrzny ostrzegawczy głos? Czy kiedykolwiek odczuliście, że coś pcha Was do przodu, do działania, dodaje odwagi? Przyszło Wam wtedy na myśl, że może to być Wasz Anioł Stróż? Jedni pomyślą, że to przewidzenia, żart naszej podświadomości. Ale są osoby, które naprawdę wierzą w istnienie swojego Anioła Stróża. 

Aniele Boży, stróżu mój,
Ty zawsze przy mnie stój.
Rano, wieczór, we dnie, w nocy
Bądź mi zawsze ku pomocy.

Pewnego dnia pięcioletnia Ewa zauważa, że po niebie fruną anioły. Nie jeden, nie dwa, a tysiące! Wyraźnie słychać szelest ich skrzydeł, widać biel i blask, który od nich bije. Podekscytowana biegnie do rodziców. Jednak tato, który jest zajęty konferencją przez Internet i mama, która rzeźbi Pietę nie wierzą w słowa dziewczynki. Frunące anioły biorą za ptaki, które przedwcześnie przylatują zwiastując wiosnę. Dziewczynka nie ma czasu dłużej przekonywać swoich rodziców, że po niebie fruną najprawdziwsze anioły. Wybiega na podwórko i niesiona impulsem biegnie za aniołami, których przecież jest tak wiele, a widok jest niesamowity. Dobiega do lasu, gdzie zafascynowana widzi walkę białych i czarnych stworzeń. Nagle jeden z białych podlatuje do dziewczynki, każe jej uciekać, a po chwili zostaje strącony i obskubany z piór przez swojego wroga, czarnego anioła. Przerażona Ewa biegnie za nimi, by sprawdzić dokąd fruną i jak skończy się ta walka, po czym... wpada w wilczy dół i traci przytomność. Obok niej znajduje się białe pióro. Po tym wydarzeniu dziewczynce przytrafia się wypadek za wypadkiem, staje się częstym gościem w szpitalu. Rodzice coraz bardziej martwią się o stan swojej córki, a czarny ptak przesiadujący na gałęzi pod oknem ich ukochanej córeczki wprowadza niepokój. Gdy rodzina dowiaduje się, że Ewa zachorowała na złośliwą białaczkę, ich świat legnie w gruzach.

Wierzycie w Anioły? Ja dość sceptycznie podchodziłam do tych pięknych stworzeń. Nigdy nie poświęcałam im wystarczająco dużo uwagi, aby określić swoje stanowisko. Miałam przypadki, gdzie coś kazało mi się zatrzymać, zmienić kierunek mojej wędrówki. Ale czy to był mój Anioł Stróż? Nie mam pojęcia. Jednak jestem przekonana, że po lekturze "Tam gdzie spadają anioły" Doroty Terakowskiej na pewno bliżej zgłębię ich temat.

Ewa jako dziecko była grzeczna, nie sprawiała rodzicom problemów, była odporna na wszelkie upadki, wypadki, a także miała dość wysokie IQ jak na tak młodą istotę. Rodzina była z niej dumna i twierdziła, że potrafi sama zadbać o siebie w ciągu dnia. Bezstresowe wychowanie? Być może. Babcia dziewczynki nie pochwalała takiego zachowania, więc miała oko na zabawę wnuczki, pilnowała, aby mała otrzymywała o odpowiedniej porze posiłki i zawsze kładła się czysta spać. Jednak to nie ona sprawiła, że Ewę omijały nieprzyjemne wydarzenia. Gdy po wypadku w lesie dziewczynce coraz częściej zdarzały się otarcia, skaleczenia, złamania, oparzenia, wszyscy się dziwili. Co ma wspólnego z chorobą pojawienie się bezdomnego? Jest wiele pytań, a tak mało odpowiedzi. Dorota Terakowska stworzyła naprawdę piękną opowieść o dorastaniu, wychowaniu, wierze i sile miłości. Umiejętnie wplotła motyw z aniołami i stworzyła intrygującą fabułę, trzymającą w napięciu aż do ostatnich stron. Czytałam tę powieść jak zaczarowana. Czułam, że wraz z Ewą i jej bliskimi przechodzę pewną przemianę, zaczynam więcej dostrzegać, na pewne sprawy patrzę pod innym kątem. Sięgając po "Tam gdzie spadają Anioły" nie przypuszczałam, że ta niepozorna książka zmieni mnie tak bardzo. Może i nie zaczęłam obsesyjnie wierzyć w istnienie Aniołów i nie próbuję dostrzegać ich w każdym człowieku, w każdym podmuchu wiatru, w każdym promyku słońca, aczkolwiek moje podejście nieco się zmieniło. 

Nie potrafię zebrać myśli i ułożyć ich w sensowną całość, ponieważ ta historia wciąż we mnie siedzi. Przed oczami mam emocje, które towarzyszyły mi podczas czytania. Moją ekscytację, rozgorączkowanie, niepokój i zniecierpliwienie. Wraz z bohaterami szukałam odpowiedzi na pytania, zastanawiałam się, co jest przyczyną złego samopoczucia małej dziewczynki, a z Ewą kroczyłam niepewnym krokiem, odczuwałam jej niepokój, strach, ból. To było piękne doświadczenie! Dawno nie przeżywałam tak historii jak tym razem. Dorota Terakowska potrafi zaciekawić czytelnika, wciągnąć go w fabułę. Choć początkowo "Tam gdzie spadają Anioły" wydają się być pozycją dla młodego czytelnika to jestem pewna, że niejeden dorosły bardziej doceni tę pozycję i więcej z niej wyniesie niż nastolatek. Model rodziny, podejście do niektórych spraw jakie zostały w tej powieści przedstawione są wciąż aktualne, a uwagi uniwersalne. I choć trudno było mi wdrążyć się w powieść to po kilku stronach pochłonęła mnie na tyle, bym zapomniała o wszystkim dookoła... Polecam!


Tam gdzie spadają Anioły [Dorota Terakowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

Brak nowych postów w liście czytelniczej

Z racji tego, że zmieniłam adres strony, wynikły problemy z aktualizacją postów w liście czytelniczej. Od wczoraj próbuję naprawić ten błąd i nie da rady. Jeżeli ktoś z Was wie, jak sprawić, abym ponownie pokazywała się u Was na listach i w blogrollu to bardzo proszę o pomoc. Wyszukałam przeróżne instrukcje, rady, zastosowałam je i nic nie pomaga...

Z tego powodu nie będą pojawiały się moje posty u Was. Jedyna rada na tę chwilę to ponowne dodanie mnie do listy czytelniczej na Waszych blogach. Jeżeli to nie problem to proszę o podmianę linków u siebie. Przepraszam za wszelkie problemy...


Czytaj dalej »

Inne spojrzenie na kulturę (#2) - "Za moich czasów było lepiej"

To już druga odsłona cyklu "Inne spojrzenie na kulturę". Poprzednim razem pokazałam Wam wspaniałe obrazy Catrin Welz-Stein, które mnie zauroczyły, tak jak część z Was. Żeby nie było zbyt "nudno" to stwierdziłam, że tym razem odrzucę malarstwo a skupię się na pięknie słyszalnym. O czym mowa? O integralnej części niejednego człowieka - o muzyce. Skupię się na tym, co było kiedyś, co podobało się naszym rodzicom, może dziadkom, a co nie przeszło do lamusa. Albo to są Wasze wspomnienia z dzieciństwa? Może jest sentymentalnie, ale wciąż uniwersalnie, z pięknym głosem i wartościowym tekstem. Nie wszystko co było kiedyś jest nudne, złe, stare. Niektóre utwory, niektórzy wokaliści są ponadczasowi i mam nadzieję, że tak pozostanie. Nie będę odbiegała aż tak bardzo wstecz, aczkolwiek skupię się na "starych dobrych znajomych", których wciąż odkrywam na nowo. 

Zapraszam do odsłuchiwania utworów, które zapewne nie raz i nie dwa słyszeliście. Jednak liczę na to, że usiądziecie/położycie się wygodnie, wyciszycie i na spokojnie wsłuchacie się w tekst. Spróbujcie odnaleźć piękno w nich zawarte. Zwłaszcza, że dziś prezentuję Wam polskie utwory. 
















I jak wrażenia z odsłuchania tych piosenek? Czy któraś z nich obudziła w Was wspomnienia, marzenia? Czy są osoby, do których te utwory dopiero teraz trafiły, albo takie, które za tymi piosenkami po prostu nie przepadają i nie widzą w nich nic pięknego? Z dużą przyjemnością tworzyłam dla Was tę odsłonę cyklu. Miło było powrócić do ulubionych utworów, które wywołują tyle wspomnień, dodają energii, napełniają nadzieją. Gdzie te piękne brzmienia, głosy, wartościowe teksty, których teraz jak na lekarstwo? Coraz częściej zadaję sobie pytanie, że świat idzie ku gorszemu. Ale jest mała nadzieja w polskich wykonawcach (dobrze, dobrze, w zagranicznych także!), którzy stawiają na oryginalność. Innym razem spróbuję przybliżyć Wam moje typy "nadziei". :) A teraz... odsłucham powyższe piosenki jeszcze raz!

__________________________________________
Zostałam zmuszona zmienić adres strony. Tym razem nie przez moje widzimisię... Mam nadzieję, że wszystko pokazuje się normalnie. Gdyby jednak istniały problemy z wyświetlaniem mojej strony, bądź postami w bloggerze to proszę dać znać, postaram się coś z tym zrobić. Ewentualnie można przestać obserwować i zacząć na nowo, wówczas posty będą się poprawnie wyświetlać. Przepraszam za zamieszanie. ;)
Czytaj dalej »

"Marzenie Jurka Nowaka" Amadeusz Putzlacher

Okładka: LubimyCzytac.pl
Marzenia ma większość z nas. Także cele, jakie sobie stawiamy. A jak wiadomo, o te trzeba dbać, trzeba je spełniać i do nich dążyć. Tylko jak to zrobić, skoro jedyna szansa na ich realizację właśnie przeszła nam koło nosa, bo zrobiliśmy coś zbyt pochopnie, pod wpływem emocji i w ten sposób zaprzepaściliśmy szansę na sukces? W podobnej sytuacji znalazł się główny bohater "Marzenia Jurka Nowaka" autorstwa Amadeusza Putzlachera.

Jurek podjął pracę w jednym z angielskich uniwersytetów. Od wielu lat fascynuje się fizyką i podróżowaniem w czasie i to właśnie tym zagadnieniom postanowił poświęcić swój czas. Jako doktor na uniwersytecie bierze udział w badaniach. Jednak nie wszystko idzie tak, jak sobie zaplanował. Pewnego dnia traci posadę, ponieważ wyszło na jaw, że jest związany z jedną ze studentek tego uniwersytetu. Na nic się zdały tłumaczenia, że związek rozpoczął się jeszcze w czasie, kiedy Jurek sam był studentem, ponadto dziewczyna studiuje na innym wydziale. Mężczyzna nie lubi donosicieli, zwłaszcza takich, którzy sami byli w podobnej sytuacji i na siebie nie donieśli, dlatego postanawia pod wpływem impulsu wymierzyć sprawiedliwość. W wyniku tego skutecznie traci pracę, a także wybrankę swego serca. Krótko po tym mężczyzna wraca do ojczyzny, gdzie czeka go kolejne pasmo rozczarowań. Postanawia coś z tym zrobić i przenosi się do opuszczonego domu, który okazuje się być zupełnie inny, niż myślą wszyscy, a na pewno zbyt zadbany, by nosić miano starego i opuszczonego. Co kryje w sobie to dziwne lokum? Co odkryje Jurek, gdy zacznie poszukiwać odpowiedzi?

Muszę przyznać, że "Marzenie Jurka Nowaka" zaintrygowało mnie najbardziej ze względu na ten opuszczony dom, który skrywa w sobie wiele tajemnic. Na początku czytając czytelnik może odnieść wrażenie, że ta książka jest taka jak inne - o nieudanym życiu człowieka, który w głupi sposób traci wszystko, na czym mu wcześniej zależało. I pewnie ta pozycja taka by była, gdyby nie ten dom, który dodaje tej pozycji trochę świeżości. Tajemnice skrywane sprawiają, że lektura robi się zdecydowanie ciekawsza i trzyma w napięciu do samego końca. Język, jakim posługuje się autor jest prosty, aczkolwiek nie prostacki. Widać, że potrafi utrzymać narrację w odpowiednim tonie, a wtrącenia głównego bohatera jakby kierowane do nas nie zaburzają ciągłości powieści, nie wybijają nas z rytmu czytania. Wręcz odniosłam wrażenie, że to któryś z moich znajomych opowiada mi swoją historię i co jakiś czas próbuje złapać ze mną kontakt, na nowo skupić moją uwagę. Podobał mi się ten zabieg, urozmaicił fabułę. 

Główny bohater to osoba, którą da się lubić. Choć niekiedy emocjonalnie podchodzi do pewnych spraw, bez zastanowienia to prędzej czy później stara się wyjść z danej sytuacji z podniesioną głową. Nie ucieka od odpowiedzialności, bierze na siebie konsekwencje swoich czynów. Brawo! Rzadko można spotkać takich bohaterów, którzy nie irytują, nie denerwują, a jeszcze dają pewien przykład czytelnikom. Z chęcią przeczytałabym o jego dalszych losach, gdyż zaintrygował mnie swoim sposobem bycia i wnikliwością. Choć trudno było mi się zabrać za powieść Amadeusza Putzlachera i choć robiłam do niej kilka podchodów, gdy w końcu udało mi się na dobre usiąść przy niej to pochłonęła mnie na dobre kilka godzin. Przeczytałam ją jednym tchem, bez robienia większych przerw. Byłam ciekawa, jakież to tajemnice skrywa w sobie ten dziwny dom, kto wcześniej w nim mieszkał i dlaczego stał się opuszczony. Potencjał na powieść był i na szczęście autorowi udało się go wykorzystać. Zapewne można byłoby wpleść jeszcze kilka wątków nieco ciekawszych, inne rozbudować, to i tak uważam, że jest to jedna z naprawdę świetnych książek. Szkoda tylko, że tak mało osób jeszcze o niej usłyszało. Osobiście zachęcam Was do przeczytania.


Marzenie Jurka Nowaka [Amadeusz Putzlacher]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia